Menu

Po co sięgnąć, co przeczytać

Kiedy masz jakieś wątpliwości, idź do biblioteki - Ron Weasley

Pisarze, którzy złamali mi serce

norsevia

Autorzy książek mają wielką moc. Dobry pisarz potrafi sprawić, że czytelnik się śmieje, płacze, irytuje. Opisuje tak swoich bohaterów, że marzysz o tym, żeby ich spotkać, poznać, zaprosić na piwo. Czasami jednak ulubiony pisarz robi coś co łamie czytelnicze serce.

Oto moja lista pięciu autorów, którzy złamali mi serce:

1. Ewa Białołęcka. Złamała mi serce, bo przestała pisać. "Kroniki drugiego kręgu" są lepsze niż ciasta, lepsze niż "Harry Potter". Ulubione fragmenty czytam na poprawę humoru lub kiedy jestem chora, czytam kiedy odkrywam, że już chyba z miesiąc nie czytałam o przygodach Kamyka. Kiedy skończyłam czytać "Piołun i miód" przez 4 lata (!) miałam w ulubionych stronę zapowiedzianej kolejnej książki. Codziennie sprawdzałam czy przy "Czasie złych baśni" pojawi się data premiery. Wiele razy pojawiała się nadzieja - ktoś dał datę premiery (i co pół roku ją przesuwał), pojawiła się okładka, aż wreszcie autorka udostępniła fragment powieści. A potem się skończyło. Minęło ponad 10 lat. Wiem, że są małe szanse, żeby ta książka kiedykolwiek wyszła, ale chyba nigdy nie przestanę na nią czekać.

2. Eoin Colfer. Złamał mi serce, bo nie przestał pisać. A dokładniej nie przestał pisać "Artemisa Fowla". Kiedy pierwszy raz przeczytałam historię młodego przestępcy myślałam, że zostanie drugim Harrym. Nie został. Po trzeciej części, która jest świetna, coś zaczęło się psuć. Czwartą jakoś przepchnęłam. Piątej już się nią dało. A wydano chyba z osiem, których już nawet nie próbowałam czytać...

3. David Nichols. Złamał mi serce zakończenie "Jednego dnia". Zanim przeczytałam tę powieść byłam przekonana, że to zwykłe czytadło. Okazało się, że książka na dużo więcej do zaoferowania. Jedynie zakończenie... łamie serce!

4. J.K. Rowling. Złamała mi serce, bo zabiła Freda. Ok - na stronach "Harrego Pottera" zginęło wiele bohaterów. Po Zgredku czy Dumbledorze płakałam okropnie. A jak się już rozpędziła w uśmiercaniu postaci było właściwie pewne, że zginie któryś  z Weasleyów. Tylko zabicie jednego z bliźniaków było takie...okrutne! Tak jakby czytelnika miała pocieszyć myśl, że został ten drugi. Beznadzieja!

5. Joanna Chmielewska. Wzięła i umarła. Nie no spoko, każdemu wolno. Tylko ona umarła tak chmielewskowo - złośliwie! Miałam wrażenie, że zawsze będą wychodzić jej nowe książki, że to się nigdy nie zmieni. Kiedy dowiedziałam się, że umarła naprawdę płakałam. Jak po kimś bliskim i lubianym. Kiedyś z moją mamą (też fanka - to ona właściwie mnie namówiła na Chmielewską) powiedziałyśmy, że jak się pisarce zemrze to kupimy dobre wino i wypijemy za to, żeby w niebie miała kasyno i wyścigi konne..   A dlaczego umarła złośliwie? Bo byłam wtedy w ciąży. Na rocznicę śmierci karmiłam piersią. Na druga rocznicę - znowu ciąża. Do tej pory nie udało nam się siąść razem i uczcić pamięci Wielkiej Pisarki.

1363776580_Chmielewska_Joanna_924_1_Warszawa_2000_

Kiedy ja czytam?

norsevia

Od kiedy urodził się Mały Pędzik słyszę bardzo często jedno pytanie - "Kiedy ja mam czas czytać"? Mam naprawdę wrażenie, że to nie do pomyślenia - mieć jeszcze czas na jakieś tam czytanie kiedy ma się dziecko. Gdy pojawił się Słoneczny Filozof to chór "Nie będziesz mieć czasu na książki" znacznie się powiększył.

A tu proszę jaka niespodzianka - nie dość, że czytam to jeszcze reaktywowałam bloga! I piszę! A to już w ogóle twór przedziwny - musi być tak, że albo jestem superbohaterem albo zaniedbuję dzieci albo wiążę i chowam pod dywan. Oczywiście tak nie jest :)

Czytanie kiedy ma się dziecko to wcale nie jest coś wielkiego. A mając dwójkę - jest jeszcze łatwiejsze.

Przede wszystkim muszę przyznać, żeby nie było za różowo, że to wcale nie jest tak, że urodziłam dziecko i nic się nie zmieniło. Ba - czuję się czasem jak po praniu mózgu - system wartości się wywrócił do góry nogami, czas wolny drastycznie się skurczył, a rzeczy, na które normalnie człowiek nie zwraca uwagi - stały się czymś ważnym.

Są rzeczy, z których zrezygnowałam: gotuję proste potrawy, zamiast tych wymagających wielogodzinnego bycia w kuchni, rower widzi mnie tylko nocą, na krótkich przejażdżkach, gdy zasną dzieciaki, kostium kąpielowy pokrył gruby kurz. Telewizję przestałam oglądać - obecnie telewizor służy do wyświetlania bajek na YouTube (Mały Pędzik ogląda wyłącznie to co jest śpiewane, a w TV tego mało. Najśmieszniejsze, że przez to ogląda dużo piosenek po angielsku i ostatnio powiedział, że lizak jest "pink", a nie "różowy". Mały Filozof nie ogląda telewizji, bo jest za mały).

Wróćmy jednak do tematu - jak z tymi książkami? Kiedy czytam? Czytam ciągle!

- rano, jeśli obudzę się przed chłopakami

- kiedy po śniadanku bawimy się razem w pokoju i autka stają się ważniejsze niż mama

- kiedy obiad się gotuje, a chłopcy akurat się grzecznie bawią

- kiedy dzieci śpią, a ja już posprzątałam i wyprałam

- kiedy tatuś wraca z pracy, chwilkę odpocznie i przejmie opiekę

- wieczorami

- po obiadkach u babć, kiedy to dziadkowie zajmują się wnukami

- kiedy tylko się da

Dużo czytałam też w czasie karmienia - trzymałam książkę jedną ręką i czasami czytałam ją bobaskowi na głos. I tak jakoś wyszło, że pierwszą książką, którą przeczytałam Pędzikowi jest biografia Shaquille O'Neala, a Filozofowi rozmowy z kabaretem Ani Mru Mru ("O dwóch takich co było ich trzech")

Faktem jest, że zrezygnowałam na jakiś czas z czytania "trudniejszych" książek, bo jak widać mój czas na książkę to często ukradzione 10-15 minut. Powoli jednak wraca do formy, bo Mały Filozof jest już na tyle duży, że szkraby bawią się ze sobą, a mamusi dają spokój. Poza tym nigdy nie byłam i raczej nie będę "perfekcyjną panią domu" - w mieszkaniu ma być czysto, ale co tydzień okien myć nie będę :), a zwierzaka w domu (jeszcze) nie mamy, więc sierść też nie jest problemem. I czas, który traciłabym na przesadne latanie ze ścierą przeznaczam na .... tam tada dam: czytanie :)

Mamusie też muszą mieć w końcu jakąś chwilkę dla siebie ;)

czyniemowlakowiczytacksiazki

 

 

Książka na lato... i jesień i zimę i wiosnę i zawsze

norsevia

Na lato i urlop szukamy książek, które dadzą nam  wytchnienie, zrelaksują lub rozweselą.Po prosstu pozwolą zapomnieć o świecie, który na jakiś czas zostawiliśmy w pracy czy szkole. Ja potrzebowałam jakiejś zabawnej książki - bardzo potrzebowałam się pośmiać. i od razu powiem wam, że trafiłam w dziesiątkę - przeczytałam "Nomen Omen" Marty Kisiel.

Główną bohaterką jest 25-lectnia dziewczyna o nietypowym imieniu.

- Jak się nazywasz?

- Salomea Przygoda.

- Niektórzy rodzice nie znają litości.

Salka wyprowadza się z domu, żeby uciec od zwariowanej, nieznającej granic rodziny. Znajduje pokój w tajemniczym domu we Wrocławiu, gdzie ma nadzieję zaznać trochę spokoju... Jak wiadomo, gdyby jej się to udało to nie byłoby książki :)

Okazuje się, że dziwaczne właścicielki posiadłości są jeszcze dziwniejsze niż Salka podejrzewała, a na domiar złego szurnięta rodzinka jakoś też nie chce usunąć się w cień. No i jeszcze we Wrocławiu jakoś niebezpiecznie się zrobiło...

Nie będę ukrywać jak bardzo ta książka mi się podobała. Jej ogromnym plusem jest humor, który trafił w mój gust. Umówmy się - nie jest to wyrafinowany dowcip, ale autorka nie zniżyła się też do poziomu topornych, prymitywnych żartów. Najbardziej lubiłam rozmowy Bartka z Niedasiem. Zestawienie dwój tak kontrastowych bohaterów było naprawdę świetne.

- Kilniemy gada osikanym kołkiem

Niby to dość powszechny i oklepany żart, ale w kontekście całej rozmowy położył mnie na łopatki. Nie będę jej cytować, żeby nie zepsuć potencjalnemu czytelnikowi zabawy.

Sama fabuła, chociaż momentami naprawdę oryginalna ma jeden minusik - dosyć przewidywalne zakończenie. ALE po pierwsze - czego miałam się spodziewać po tego typu książce? Po drugie rekompensuje to język w jakim jest napisana książka. Widać, że autorka jest świadoma swojego warsztatu i zdaje sobie sprawę co pisze - lekką, zabawną powieść, która ma wyluzować czytelnika, ale jednocześnie nie traktuje go jak kretyna.

Zaciekawiło mnie jeszcze coś innego: "Nomen Omen" dostanie ode mnie mocne 8/10. Nie jest to pozycja wybitna, która trafia czytelnika w serce, ale trafia za to w brzuch, który trzęsie się od śmiechu. Przejrzałam recenzje tej książki i bardzo często pojawiało się stwierdzenie: "Super, ale "Dożywocie" było lesze".

Zaczynam się bać tego "Dożywocia", bo jeszcze nie czytałam, a już mam wielkie nadzieje co do niej. Skoro przygody Salki tak mi się spodobały i rozbawiły to co dopiero będzie przy debiutanckiej powieści Marty Kisiel? Już na liście do przeczytania.

 

Ps. Osikany kołek... hehehe

 

nomenomen_martakisiel

Moja ocena: 8/10

Tytuł: Nomen omen

Autor: Marta Kisiel

Dla kogo: Dla wszystkich, którzy mają ochotę się pośmiać :)

Komiksy nie są dla dzieci!

norsevia

Panuje ogólne przekonanie, że komiksy są wyłącznie dla dzieci. Jest to głupie przekonanie. Nie mam zamiaru owijać w bawełnę - osoba, która twierdzi, że książki graficzne są przeznaczone wyłącznie dla młodych czytelników jest w błędzie. Myślę, że właśnie z takiego przekonania wynikają pomyłki typu, mama z dwójką 10-latków w kinie na "Deadpoolu"  (skoro komiksy są dla dzieci to film na jego podstawie również ;) )

Ja osobiście komiksy uwielbiam - mam swoja niewielką (zawsze za małą) kolekcję. I niczego nie pożyczam - chyba, że ktoś zostawi w zastaw wątrobę!

Stereotyp o tym, że komiksy to śmieszne obrazeczki dla maluchów jest dla mnie osobiście przykra - niektóre pozycje są tak rewelacyjne, że przykro mi na myśl o ludziach, którzy odrzucają je, a powinni się nimi zachwycać. Historie rysunkowe mają naprawdę wiele do zaoferowania i dzisiaj postaram się to udowodnić.

Przede wszystkim nawet te komiksy, które są faktycznie "dla dzieci" mają swoje ukryte "smaczki". W "Kaczorze Donaldzie" bardzo często pojawiają się nawiązania do literatury (czasami są całe komiksy, np "Cierpienia młodego kaczora") lub prawdziwych postaci. Kaczki poznają Kwakassa, płyną na Kwaraiby. Jacek Karnowski, który tłumaczy "Giganty" od wielu lat, niejednokrotnie przyznaje, że specjalnie wplata zdania znane z powieści, filmów czy piosenek. W pierwszy tomiku z brzegu znalazłam informację, że Goguś wygrał konia w teleturnieju "Dwóch z jedenastu" (wybaczcie jakoś, mam kiepski aparat w komórce) :

gogus

Poza tym humor takich serii jak "Asteriks", "Calvin i Hobbes", "Lou", "Titeuf" i wielu, wielu innych jest tak uniwersalny, że dla zwykłego rozluźnienia można sobie to przejrzeć. Mam całą serię Asteriksa na własność i lubię czasem do nich zajrzeć. Tam również trafimy na wiele nawiązań do historii i kultury ("Wielki rów" to przecież "Romeo i Julia"). Decyzja Egmontu o niekontynuowaniu "Lou" złamała mi serce, jak również wielu czytelnikom. Tak samo  było z "Titeufem" - miałam czytelnika lat około 40, który wypożyczał je regularnie, a potem nagle przestał. Kiedy go o to zapytałam powiedział, że kupił sobie wszystkie dostępne i nie musi już teraz brać od nas. I uwierzcie - nie był to jakiś zdziecinniały Piotruś Pan, tylko normalny dorosły facet, który pierwotnie wypożyczył ten komiks synkowi.

Przykłady powyżej to jednak komiksy "uniwersalne" - gdzie te komiksy tylko dla dorosłych? I co w nich takiego wspaniałego? Odpowiedź jest oczywista - grafika! Niektóre komiksy zadziwiają dokładnością szczegółów, inne to po prostu małe dzieła sztuki. A przy tym treść wcale nie jest infantylna. Wielokrotnie są to rewelacyjne, prześmieszne przygodówki ("Launfest z Troy", czy "Ekho - Lustrzany świat") , wspaniałe, dające do myślenia fantasy ("Noe", którego scenariusz napisał Aronofsky), dbające o szczegóły historyczne ("Usagi Yojimbo") czy po prostu porażające grafiką historie ("Azymut").

Powieści graficzne mają coś dla każdego. Nawet fani popularnych książek mogą znaleźć ich komiksowe odpowiedniki. Jest prześlicznie narysowany "Zmierzch", jest "Percy Jackson" , "Hobbit", "Mały książę". Komiksowy świat jet naprawdę równie rozległy jak książkowy.

Na uwagę zasługują różne serie humorystyczne. O "Garfieldzie" - grubym, leniwym kocie słyszał chyba każdy. A kto słyszał o "Baby blues" - opowiadającej o młodych rodzicach? Uśmiałam się na tym okropnie. Dopiero kiedy miałam już dzieci dowiedziałam się, że to sama prawda. Myślę, że każdy oczekujący na nadejście potomka powinien go przeczytać, żeby wiedział co go czeka.

z7213716Q

 

 Na ekranach kin coraz częściej goszczą ekranizacje komiksów. Oczywiście prym wiodą superbohaterowie - każdego roku poznajemy coraz to nowe odsłony ich przygód. I w tym temacie jest tak samo - większość z komiksów jest w najlepszym razie dla nastolatków, ale całe mnóstwo jest takich naprawdę brutalnych lub o nieodpowiednich treściach (wspomniany już "Deadpool" czy "Lobo"). Poza tym skoro oglądamy coś w kinie, czytamy książki to dlaczego nie przeczytać też komiksu? Powieść graficzna to czasami trudniejsza sztuka niż powieść - jest mało miejsca na tekst, a większość emocji musi oddać rysunek. Rysownik musi się zgrać ze scenarzystą - muszą się zrozumieć, połączyć dwie wizje w jedną. Dopracować szczegóły. Powstanie tomiku komiksu to często ciężka praca - zastanówcie się nad tym kiedy następnym razem nazwiecie go lekceważąco - "bajeczką dla dzieci".

Postaram się w miarę szybko uzupełnić dział z recenzjami komiksów. Mam nadzieję, że kogoś przekonam chociaż do spróbowania przeczytania czegoś. W tej notatce użyłam jako przykładów dzieł, które sama znam i lubię, ale jest ich naprawdę cały świat! Czytajcie komiksy.

okladka600cb1okladka6001

W sklepie z ubraniami

wdm.dg

Życie nie jest idealne. Życie rzuca nam kłody pod nogi. Czasami uda nam się je przeskoczyć, a czasami potykamy się i upadamy twarzą w błoto. Musimy wtedy wstać i mieć nadzieję, że będzie lepiej. Walczyć.

Ten patetyczny początek sugeruje, że będę pisać o jakiejś poważnej książce. Wprost przeciwnie - "Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych" jest powieścią z gatunku "czyta się lekko i przyjemnie". Ma jednak w sobie to "coś" i dlatego pozwoliłam sobie na, wybaczcie określenie, nadęty wstęp.

Susan Gloss w swoim debiucie przedstawiła nam kilka bohaterek, które dostały od losu te paskudne kłody. Obserwujemy jak łapią oddech, gramolą się z kolan i starają się iść dalej mimo przeszkód. Każdej ważnej sytuacji w ich życiu towarzyszy jakiś przedmiot (np. ubranie) i jego opis rozpoczyna każdy rozdział. Zwrócenie uwagi na rzecz, jako na świadka ważnego momentu w życiu było całkiem ciekawym zabiegiem. Nigdy nie myślałam o niczym w ten sposób, np. "kiedy byłam w tej bluzce to mąż mi się oświadczył". Może powinno się tak robić? Przecież dzięki temu coś zwykłego może stać się cenną pamiątką.

Poza tym motywem książka nie powala oryginalnością, ale czyta się ją miło i szybko, bohaterki dają się lubić i generalnie powieść spełnia swoją rolę babskiego czytadła na leniwe popołudnie. Zaznaczę nawet, że dzięki tematyce i pomysłowi wydaje się być odrobinkę lepsza i ciekawsza niż wiele innych przeczytanych wcześniej. Zdecydowanie będę ją polecała.

Żeby nie było zbyt kolorowo muszę zaznaczyć, że powieść posiada jeden, pokaźnych rozmiarów, minus. Jednak nie mogę o nim napisać bez zdradzania zbyt wiele ważnych części fabuły, dlatego napiszę tak:

Jeżeli nie czytałaś tej książki, a lubisz powieści obyczajowe dla kobiet, to ta pozycja jest jak najbardziej dla Ciebie.

Jeżeli przeczytałaś lub nie, ale chcesz wiedzieć co mi się tak nie podobało to dokończę tę myśl pod zdjęciem i danymi książki. Po raz kolejny podkreślam, że będzie to Gigantyczny spoiler.

vintageskleprzeczyzapomnianychbiext28044724

Moja ocena: 6/10

Tytuł: Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych

Autor: Susan Gloss

Dla kogo: Dla lubiących literaturę kobiecą

 

 

 

SPOILER SPOILER SPOILER

Zakończenie było obrzydliwie słodkie!

O wiele ciekawiej byłoby, gdyby Violet nie zeszła się z Samem i zdecydowała na inną formę posiadania dziecka. Amithi mogła zdecydować się na całkowite odcięcie od kontaktów z mężem. Gdyby autorka zdecydowała się na mniej cukierkowe zakończenie to całość była by zdecydowanie ciekawsza, dojrzalsza. A tak znowu wyszło na to, że happy end to po prostu wyrwanie faceta.

Wedding Book Tag - Wychodzę za mąż!

wdm.dg

Nigdy sie nie bawiłam w "internetowe tagi", ale pomyślałam, że można by spróbować. Bardzo spodobał mi się pomysł tagu weselnego, a ponieważ Zosia z "Książki to moje paliwo" nominowała każdego kto chce to stwierdziłam, że ja chce ;) Mój prawdziwy ślub mam już dawno za sobą, więc przy okazji sobie powspominałam i miło się zrobiło.

Ach ta pierwsza piosenka :) "Wybieram cię".

No dobra - zadanie. Wybieramy 10 książek i zapisujemy ich tytuły na karteczkach. Potem do każdej kategorii losujemy jedną, otwieramy wylosowaną pozycje na chybił trafił i ten bohater/bohaterka, na którego spojrzymy jest zwycięzcą kategorii.

Książki, które wybrałam:

1. Hearne K. - Kołek na dachu (Kroniki Żelaznego Druida)

2.Flanagan J. - Ruiny Gorlanu (Zwiadowcy)

3. Kaye M. - Penelopa

4. Klawitter A. - Licealiści

5.Szwaja M. - Stateczna i postrzelona

6. Bendis, Immonen - Wczorajsi X-men

7. Austen J. - Duma i uprzedzenie

8. Rowling J.K. - Harry Potter i zakon feniksa

9. Novik N. - Smok jego królewskiej mości

10. Białołęcka E. - Piołun i miód

Losujemy!!!

1. Osoba, która pomoże ci wybrać suknię ślubną (kobieta)

 Królowa Iditalin, czyli Pani Zielonego Kłosa z "Piołunu i miodu". Lepiej być nie mogło. Wspaniała postać, absolutnie pozytywna i bardzo sympatyczna. Myślę, że mamy podobny gust, bo nie lubi ubierać się krzykliwie i zgodnie z panującą modą.

 
2. Osoba, która urządzi twój wieczór panieński (kobieta)
 "Smok jego królewskiej mości", ale się trafiło. Musiałam kartkować, żeby w ogóle znaleźć tam kobietę. I wypadło na Lily. No to będę miała zarąbisty panieński... Lily to smok. Podejrzewam, że główną atrakcja imprezy będzie jedzenie krowy...
 
 
3. Osoba podprowadzająca cię do ołtarza (mężczyzna)
 Wiktor ze "Statecznej i postrzelonej". No to nuda - chociaż jako artysta może się chociaż ubierze jakoś oryginalnie. A taką miałam nadzieję, że przy tej książce trafię na Kałacha :)
 
 
4. Ksiądz (mężczyzna)
 Chciałam mieć w zestawieniu jakiś komiks to wybrałam X-men. Kto by pomyślał, że tam będę szukała księdza. Ślubu udzieli mi Cyklop, jego wersja rewolucjonisty. Będę składała przysięgę i myślała - zabiłeś Charlesa, ty chamie!
 
5. Szczęściara czyli ta, która złapie welon (kobieta)
 Elżbieta z "Dumy i uprzedzenia". O nie! Nie za dużo szczęścia? W końcu masz już Pana Darcyego!
 
6. Osoba, która wygłosi przemówienie (mężczyzna)

 HAGRID!!! Chętnie posłucham, hehe

 
7. Osoba, która zajmie się muzyką (mężczyzna)
 
 Horace z "Ruin Gorlanu". Ciekawe czy rycerz zna się na muzyce?
 
8. Król parkietu (mężczyzna)
 O "Penelopa". Maks, czyli Johnny. Muzyk, więc ma wyczucie rytmu. Chociaż miałam nadzieję na jakiegoś szalonego bohatera.
 
 
9. Osoba, która za dużo wypije i wyląduje pijana pod stołem (mężczyzna)
 Marceli Miłosierny - nauczyciel z "Licealistów". I dobrze mu tak - musi zapić to, że go przechytrzyli.
 
10. Maż (mężczyzna)

 Oberon. Najsympatyczniejszy PIES ze wszystkich literackich czworonogów. Nie chcę psa za męża! Powtarzam losowanie!

Hal Hauk - wilkołak. Zawsze to oczko wyżej :)

 
 11. Pozostali goście, czyli nominacje 
Nominuję oczywiście każdą osobę, która ma ochotę zrobić ten tag, a także Matkę Polkę Czytającą. Niech sobie też powspomina :)
 
 Podsumowując wesele: Kupię świetna suknię, potem panieński ze smokiem. Ceremonia będzie ładna z beznadziejnym księdzem, Elżbieta dostanie ode mnie bukietem w nos, ale wszyscy o tym zapomną, bo Hagrid będzie przemawiał. Muzyka będzie nudna, król parkietu przystojny (James Mcavoy). Wszyscy się ucieszą jak nielubiany nauczyciel wyląduje pod stołem, ale to wszystko nie będzie miało znaczenia, bo jak będzie pełnia mój mąż zje połowę gości weselnych...
 

Kiedy odszedłeś

wdm.dg

Wiadomo jest, że jeżeli jakaś książka nas zachwyci to sięgniemy po jej kontynuację. Czekamy niecierpliwie na dzień premiery lub dostawy nowości do biblioteki. Jest! Mamy ją w rękach! Czytamy!

"Kiedy odszedłeś" jest kontynuacją zachwycającej (moim zdaniem - recenzja) powieści "Zanim się pojawiłeś". Naprawdę nie mogłam się doczekać kiedy ją dostanę i przeczytam. I, niestety, jestem trochę zawiedziona...

Nowa książka o Lou zaczyna się jakieś półtora roku po zakończeniu pierwszej części. No dobra - SPOILER SPOLIER SPOILER. Myślę, że nie da się opisać fabuły bez zdradzania zakończenia jedynki, więc - Will umarł. A właściwie popełnił samobójstwo. Lou nie może się po tym pozbierać - pomimo podróży po świecie, a potem nowego mieszkania zapada się w swój smutek. Nic nie wskazuje na to, żeby coś mogło wyrwać ją z odrętwienia w jakie wpędza ją żałoba. Z rodziną kontaktuje się rzadko, z rodzicami ukochanego nie ma kontaktu wcale. Nagle coś się wydarza, akcja przyspiesza, pojawiają się nowe osoby w jej życiu.

Najnowszej książce Jojo Moyes powinno się wystawić dwie oceny - pierwszą jako nota kontynuacji, a drugą jak dla osobnej książki. Powieść szybko się czyta i myślę, że jako osobna pozycja, nie związana z "Zanim się pojawiłeś" robi dobre wrażenie. Obserwujemy jak bohaterka po przeżyciu traumy powoli wraca do życia. Czepia się tych małych okruchów, które mogą ją wyrwać z odrętwienia, jak zmienia się jej nastawienie do świata, otwiera się na nowe wyzwania i ludzi. W tym aspekcie autorka jest prawie mistrzynią. Niestety to wszystko sprawia, że powieść jest... gorzka i szara. Wszystko co się dzieje widzimy przez pryzmat tej okropnej szarości - to powolne gramolenie się do światła, ale po drodze w większości jest smutek i niepewność. Dlatego właśnie "Kiedy odszedłeś" nie pasuje mi jako kontynuacja historii Lou i Willa. W pierwszej części, pomimo ciężkiego tematu, było coś takiego, że czytelnik miał nadzieję, mógł się uśmiechnąć. Tutaj tego prawie nie ma - do tych paru chwil oddechu brnie się przez gęsta mgłę.

Dlatego właśnie książce należą się dwie oceny - druga część zagubiła tę lekkość, ale nadal jest to kawałek dobrej literatury obyczajowej.

Dla zainteresowanych - myślę, że można spokojnie przeczytać bez jedynki lub tylko po obejrzeniu filmu. Są może dwa wątki, których można nie zrozumieć bez znania poprzednika, ale nie mają one większego wpływu na fabułę.

kiedyodszedlescbig649359

Moja ocena: Jako osobna książka 7/10, jako kontynuacja 5,5/10

Tytuł: Kiedy odszedłes

Autor: Jojo Moyes

Dla kogo: Dla kobiet

Zwycięstwo marketnigu

wdm.dg

Po wielu gorzkich lekcjach pod tytułem "kupiłam książkę, bo bombardowały mnie reklamy" chyba wreszcie nauczyłam się zapanować troszeczkę nad chęcią kupna tego co mi wciskają. Na szczęście, bo gdybym kupiła "Porąb i spal" to bym żałowała.

Książka Larsa Myttinga nie jest zła. Szczerze mówiąc jest genialna, ale tylko jako wyrób pasjonata. A ja pasjonatów uwielbiam. Spotkałam kiedyś człowieka, który kolekcjonował porcelanowe figurki ptaków. Dla mnie osobiście - nuda, ale jak on o tym opowiadał to mogłam słuchać godzinami. To jest właśnie cudowne w entuzjastach - ich miłość do czegoś sprawia, że nawet kompletny laik w danym temacie potrafi ich wysłuchać i jest zaciekawiony.

"Porąb i spal" jest opowieścią człowieka, który kocha to o czym mówi. Według opisu z tyłu okładki "Mytting to genialny gawędziarz, który w dowcipny i pełen ciepła sposób przelewa na papier swoja miłość" i to da się odczuć na każdej stronie książki. Kiedy została wydana w Polsce byłam tak zachwycona pomysłem i zalewana pochwałami, że już prawie ją kupiłam. Zatrzymałam się jednak i pomyślałam - nie moja tematyka (no bo właściwie... drewno?), nie znam autora i znowu dosyć nachalna reklama. I całe szczęście.

Świetne wydanie z wieloma zdjęciami, niektóre naprawdę ciekawe i zaskakujące. Piękna treść, napisana z pasją i zachwytem. Dowiedziałam się wiele rzeczy, których nie wiedziałam, których nawet nie podejrzewałam. Tylko, że nigdy nie czułam potrzeby tego wiedzieć. Kobieta z miasta, która ma centralne ogrzewanie i bieżąca wodę w mieszkaniu, czyli ja nie potrzebuje tych informacji. Nie wiem jak reagują na tę pozycję inni czytelnicy, którzy autentycznie palą drewnem w domu, jednak dla mnie nie jest to książka, którą muszę mieć w domu.

Naprawdę warto pożyczyć, przeczytać, pooglądać, bo jest naprawdę ciekawa. Potem oddać. Kupować nie trzeba. No chyba, że komuś na prezent.

e71382476090c0a10f1e07fe6719fd50_5

Moja ocena: 5/10

Tytuł: Porąb i spal. Wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie

Autor: Lars Mytting

Dla kogo: Dla ciekawskich i dla czytelników, którzy mają ochotę przeczytać "coś innego".

Oceny

wdm.dg

Jest wiele portali typu lubimyczytać, filmweb, biblionetka, na których możemy ocenić dany twór kultury. Logujemy się, znajdujemy dzieło i PYK - jednym kliknięciem wystawiamy mu notę. Osobiście uważam, że takie własne konto na danym portalu to fantastyczna sprawa. Tworzymy listy ulubionych książek lub filmów, zaznaczamy co mielibyśmy ochotę poznać, dostajemy, na podstawie własnych ocen, propozycje utworów, które mogłyby nam się spodobać.

Na blogu wystawiam książką oceny od niedawna - pod jedną z notatek zaproponowano mi, żebym je wprowadziła w recenzjach. Sprawę przemyślałam, wybrałam sobie 10-cio stopniową skalę i zaczęłam ją stosować.
Niedawno też zdałam sobie sprawę (a raczej brutalnie mnie uświadomiono), że poprzez nasze oceny też jesteśmy oceniani.
Żeby nie wyszukiwać ciągle synonimów słowa "utwór", będę pisała o filmach. Wiem, że mój blog jest o książkach, ale będzie mi wygodniej skupić się na jednej dziedzinie sztuki i  przykłady brać tylko "z jednego worka", a to właśnie na filmwebie uświadomiono mi, że przez pryzmat moich ocen, ktoś może osądzić mój poziom inteligencji... No i tak jak napisałam wcześniej co do książek nie stosowałam skali, więc byłoby kiepsko z przykładami.
Skoro jestem gadułą to nikogo to nie zdziwi, że lubię wypowiadać się na różnych forach. Pewnego dnia przeglądałam sobie na filmwebie stronę filmu, który mnie interesował. Na forum tegoż filmu toczyła się zażarta dyskusja napędzana przez pewnego arogatna, który "wie wszystko lepiej niż inni". Piszę "arogant", żeby nie użyć innego określenia, który bardziej pokazałby jakie mam zdanie o tamtym forumowiczu, ale musiałabym wtedy zmienić bloga na +18. Pan, święcie przekonany o swojej wyższości obrażał wszystkich, którzy ośmielili sie mieć własne zdanie. Na jego komentarze odpowiedziałam i ja. Grzecznie, używając rozsądnych argumentów wymieniłam z nim kilka wpisów. W pewnym momencie odpowiedział mi, że on nie będzie dyskutował z osobą, która oceniła "Pod słońcem Toskanii" na 10, a w obejrzanych nie ma "Listy Schindlera".
     Nie ukrywam - zamurowało mnie. Przejrzałam listę moich najwyżej ocenionych filmów i znalazłam tam dużo "kompromitujących" ocen :) Ale przecież system oceniania też jest sprawą indywidualną i odbiór filmu też. Jestem typowym "oglądaczem" - nie znam się na ocenianiu pracy kamery, reżyserii. Film jest dla mnie mądry lub głupi, ciekawy lub nudny. A w wielu przypadkach na ocenę wpływa moment oglądania. Pamiętam bardzo dobrze, dlaczego "Pod słońcem" dostało tak wysoką ocenę. Miałam bardzo stresujący okres w pracy, ciągle coś się działo. Pilnie potrzebowałam relaksu, ale przez to wszystko nie miałam nawet siły, żeby iść choćby na basen. Poskarżyłam się przyjaciółce, która zjawiła się u mnie z filmem i winem. To był sympatyczny, odprężający wieczór, a film spełnił swoje zadanie. Do tej pory lubię go czasem obejrzeć ponownie i mam z nim tak przyjemne skojarzenia, że w mojej prywatnej skali zasłużył na 10. A zestawianie go z "Wielkim kinem" jest dla mnie nieporozumieniem.
Co do "Listy Schindlera" naprawdę go nie obejrzałam i jest mi wstyd z tego powodu. Mogę się jedynie usprawiedliwiać tym, że kiedy on miał premierę ja nie byłam nawet nastolatką. Mam go na swojej liście "do obejrzenia", ale zawsze jakoś myślę - następnym razem.
Poza tym, ogólnie przyjęłam, że "Wielkiego Kina" nie oceniam. Nie mam po prostu do tego kompetencji, no i nie wyobrażam sobie zestawienia go z moimi "dziesiątkami". Jakby to wyglądało - "Kosmiczny mecz" 10 (pierwszy raz byłam w kinie z bratem, uwielbiałam koszykówkę i MJ, a film był po prostu spełnieniem moich dziecięcych marzeń), a obok klasyka też 10.
Porównajcie sobie kiedyś rożne filmy - np, zwycięzca Oscara "Jak zostać królem" ma ocenę na filmwebie 7,8, a "Pamiętnik" - 8,1. Widocznie każdy ma jakiś swój, nie zawsze sprawiedliwy dla wspaniałych filmów system oceniania.

Co do książek - myślę, że tutaj mam podobnie - bardzo wysoko "Harry Potter", a "Chłopi" na samym dnie (bardzo przepraszam wszystkich, ale ja nigdy nie potrafiłam pokochać tej książki). Tylko co to właściwie za porównanie?


A jak jest u Was? Pochwalcie się waszymi "kompromitującymi" ocenami.

gavelscalesjustice3

Negatywne recenzje

wdm.dg

Ostatnio spotkałam się z notatką o tym, że mało jest negatywnych recenzji i zaczęłam się zastanawiać czy to prawda. Już od dawna korciło mnie, żeby na blogu stworzyć nową kategorię - miejsce, gdzie będą pojawiały się nie recenzje, a notatki związane z książkami, więc pomyślałam, że można by poszperać w temacie "złych opinii" i założyć wreszcie dział "Blisko książek". Oto on :) Witam!

Ostatecznym impulsem do napisania była recenzja z Leona Zabookowca  (Tutaj) i komentarz pod nią "Jak miło czasem poczytać także i te zdecydowanie negatywne opinie". Czy niepochlebna opinia naprawdę jest czymś tak nietypowym? W notatce, o której wspomniałam wyżej (niestety nie mogę jej znaleźć w sieci, bo to było już ponad 2 tygodnie temu) autorka była zirytowana zachwytami przedpremierowymi, bo już nie raz się na nich zawiodła. A przecież wszyscy twierdzą, zwłaszcza blogerzy, że oceniają rzetelnie i piszą co czują, a ona sięgała po "rewelacyjną" książkę, a okazywała się przeciętna. Więc jak to jest blogosfero z tymi negatywnymi recenzjami?

W myśl zasady o zaczynaniu od siebie przejrzałam swojego bloga. I rzeczywiście - na OGRYZKACH bardzo rzadko krytykowałam całkowicie jakąś książkę, o pastwieniu się nad jakimś "stworem" literackim właściwie nie było mowy. A przecież, jak smoki kocham, nie raz trafiałam na potworki, po których rzygałam literkami. No i gdzie one są?

Po pierwsze - już od paru lat nie kończę książek, które mnie denerwują lub męczą. Kiedyś tak nie mogłam - zaczęłam to musiałam dokończyć. Aż doszłam do wniosku, że jest to absolutnie głupie. Przedzieram się przez jakąś pustynię fabularną, irytuję, a w tym czasie mogłabym przeczytać coś innego, co mnie będzie inspirowało! Proszę nie mylić pustyni literackiej z dżunglą (czyli literaturą ambitną). Tu ciężko i tu ciężko, ale na pustyni nic nie ma, a w dżungli - sami wiecie - trudne słowa z lian, słonie z metafor i ogólne przeżywanie. Dlaczego więc nie piszę o tych książkach? Po prostu - nie przeczytałam - nie oceniam. Wiele razy było tak, że powieść z topornym początkiem później okazywała się bardzo dobra. Po prostu czasami nie mam już siły czekać na to "dobre", ale nie mogę skreślić pozycji, której nie poznałam w całości.

 6979300166_tyle_ksiazek

Do drugie - nie zgadzam się z autorem i przez to moja ocena nie była by uczciwa. Świetnym przykładem tego jest książka "Kobieta dość doskonała" Sylwii Kubryńskiej. Ma wysoką ocenę, dużo osób się nią wprost zachwyca. Miałam wielki apetyt na tę pozycję i duże oczekiwania, a okazało się, że ja i autorka stoimy momentami po dwóch stronach barykady. Przeczytałam bardzo niewiele stron i co sobie pomyślałam to moje. Co ciekawe, czytałam sporo cytatów z tej książki i z wieloma się zgadzam, ale całość książki... no nie jest dla mnie.

Po trzecie - "boomy czytelnicze". Obserwowaliśmy to parę lat temu w czasie "Zmierzchu". Nastolatki tłumnie zaczęły czytać, a potem "mądre głowy" stwierdziły, że dno literackie, grafomaństwo. No i ze zmierzchomanii zrobił się obciach. Jeżeli coś sprawia, że nieczytający sięgają po książkę to jaka by ona nie była - siedzę cicho. Zwłaszcza jeśli chodzi o młodych czytelników. Małymi kroczkami: może taki "beniaminek" zacznie na wampirach, a skończy na "Mistrzu i Małgorzacie"?  Trzeba mieć nadzieję, nawet jeśli czyta, "o święty Barnabo, moja podświadomość tańczy!"

Po czwarte - zwyczajnie mi się nie chce. Jeśli jakaś książka mnie faktycznie oburzyła, albo zdenerwowała (jak np. "Matt Hidalf") to siadam i wrednie recenzuję. Ale jak coś przeczytałam i pomyślałam "no spoko" i zapomniałam prawie od razu? Było tak ze "Stalowym sercem". Nawet fajna, ale bez fajerwerków. To zdanie to właściwie wszystko co miałabym ochotę napisać o tej książce. Przeczytałam też drugą część i to samo. Może po trzeciej mi się zachce.

No i po piąte - są od tego specjaliści ;) np. nieodżałowany, zamknięty już blog Czarne Owce Literatury. Jakby ktoś znał podobny zapodajcie linka :)

A jak jest z Wami? Piszecie negatywne recenzje?

G E N I A L N A !!!

wdm.dg

Wielu czytających ma swoich ulubionych autorów, na których książki czeka z niecierpliwością. Pisarzy, którzy nigdy nas nie zawodzą - nawet w słabszej formie są lepsi od innych. Ta, o której teraz napiszę jest autora, który nie miał słabszych książek.

Znacie jakieś mity greckie? Na pewno. Jeżeli w teleturnieju trafi się pytanie - wymień 5 postaci z mitologii greckiej - to 90% będzie potrafiło na nie odpowiedzieć (mam nadzieję). A co jeśli zapytają o mity słowiańskie? Znacie? Wiele osób odpowie, że nie. Ciężko dostać jakieś ciekawe wydanie mitologii słowiańskiej. Najczęściej są to prawie naukowe teksty o wierzeniach naszych przodków, skierowane raczej do znawców i pasjonatów. Wersja dla dzieci? Nawet nie wiem czy istnieje...

Teraz już jest! Zadbał o to Łukasz Wierzbicki, autor fenomenalnej "Afryki Kazika" oraz innych wspaniałych książek., m.in "Machiną przez Chiny".

"Drzewo" jest RE-WE-LA-CYJ-NE! Swój egzemplarz kupiłam w dzień premiery i od razu przeczytałam. Dlaczego recenzuję dopiero teraz? Mam taką zasadę, że lepiej jest odczekać chwilkę po lekturze, żeby móc napisać opinię "na chłodno". W przypadku najnowszej książki Wierzbickiego okazało się, że nawet kilka miesięcy po premierze jestem zachwycona.

Co jest w tej pozycji tak wyjątkowego? Po pierwsze tematyka - mitologia grecka i rzymska ma kilkanaście rożnych wydań - dla młodych, starszych, dla pasjonatów i dla tych zaciekawionych. Mitologia słowiańska nie jest tak popularna (dlaczego?) oraz, moim zdaniem, trudna do opowiedzenia młodszemu czytelnikowi. A Wierzbickiemu się udało - nawet sposób prowadzenia narracji - ktoś snuje opowieść - jest moim zdaniem strzałem w dziesiątkę. Zebrane mity są niezwykle ciekawe, a dodatkowo książka podzielona jest na dwie części. Jedna jest opowieścią, gawędą, a druga to wyjaśnienia autora - skąd czerpał inspirację, przypisy i odnośniki do opracowań, z których korzystał. Dzięki temu czytelnik zainteresowany tematem może łatwo nakarmić swoją rozbudzoną ciekawość.

No i oprawa graficzna - świetne rysunki, przepiękne zdjęcia. Są doskonałym uzupełnieniem całości. Och! Och! Och!

Polecam każdemu "Drzewo"! Czytajcie, kupujcie jako prezent i zachwycajcie się. Dowiedzmy się jakie są nasze korzenie.

Ja nawet dzień, w którym wystawiam swoją opinię wybrałam nieprzypadkowo. Jutro wyjeżdżam na urlop - nie będzie nowego wpisu przez kilka dni. Dzięki temu każdy kto trafi na mojego bloga w tym czasie zobaczy tę notatkę jako pierwszą :)

drzewookldrzjs

Moja ocena: 11/10

Tytuł: Drzewo

Autor: Łukasz Wierzbicki

Dla kogo: DLA ABSOLUTNIE WSZYSTKICH

Z Monstrum na szlaku

wdm.dg

Czasami długo czekamy na możliwość przeczytania jakiejś  książki, czasami bierzemy jakiś tytuł spontanicznie, bo coś nas urzekło w okładce. A czasem znajomy wepchnie nam jakaś powieść z głośnym "Jest super. Przeczytaj koniecznie". Cóż możemy począć wobec czyjegoś zachwytu? Bierzemy i czytamy :)

Właśnie za sprawą Agnieszki przed moje oczy trafiła "Dzika droga" Cheryl Strayed. Książka, w której autorka opisuje jak poturbowana przez życie postanowiła przejść szlak Pacific Crest Trail dźwigając ogromny plecak, zwany Monstrum.

Zanim Cheryl stanęła na szlaku i rozpoczęła swoją wędrówkę minęło 100 stron. Tylko wiele pochlebnych recenzji sprawiło, że nie przerwałam czytania. I nie chodziło o język czy samą historię. Ja po prostu nie polubiłam Cheryl. Ciągle podejmowała kiepskie decyzje i miałam wrażenie, że robi to całkowicie świadomie, taka jakby autodestrukcja. Przed wejściem na szlak była osobą, której współczułam, ale nie szanowałam.

Miała ciężko - to fakt. Myślę, że chodziło o to, że ja i ona to dwa różne charaktery i gdybyśmy się naprawdę spotkały to pewnie ciężko byłoby nam się dogadać. Dopiero kiedy zaczęła swoją wędrówkę pomyślałam: "No dobra - nie schrzań tego". Przestałam jej współczuć, a zaczęłam kibicować.

Ruszyła. Swoje przeżycia opisywała bardzo szczegółowo, dlatego czytelnik bardzo łatwo może poczuć, że jest na szlaku razem z nią. Bardzo podobało mi się, że potrafi zmienić swój ton wypowiedzi, tak, żeby pasował do opisywanej sytuacji. Czasem jej wypowiedzi były poetycko -filozoficzne, innym razem poważne i pełne zadumy, a parę stron dalej brzmiała jak nastolatka. Nie będę się jednak rozpisywać o jej przeżyciach na szlaku, bo tę część najlepiej jest przeżyć z Cheryl, a nie z recenzentem.

Faktem jest to, że po skończonej lekturze pierwsze co zrobiłam to sprawdziłam czy w Polsce jest jaki długi szlak pieszy. Autorka opisywała swój ból fizyczny, a ja jej naprawdę zazdrościłam. Tej odwagi. Wolności. Samotności. Czytałam książkę i jednocześnie zastanawiałam się - "gdzie jest mój plecak".

Jeśli zaś chodzi o emocje - Cheryl zafundowała sobie i jednocześnie czytelnikowi prawdziwy rollercoaster - od śmiechu i radości poprzez smutek, aż do spokoju i wyciszenia.

Jak myślicie czy "Zabłąkana" dotrze do końca szlaku? Czy uda jej się rozprawić ze swoimi demonami? Jakie zmiany zajdą w niej samej? Przeczytajcie "dziką drogę" to się dowiecie. Naprawdę warto.

"Teraz kiedy szlak pokazał mi jak okropnie mogę się czuć, czułam się lepiej niż kiedykolwiek"

dzikadroga

Moja ocena: 8/10

Tytuł: Dzika droga

Autor: Cheryl Strayed

Dla kogo: Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie - rozrywkę i powagę.

Nadrabiam zaległości

wdm.dg

Są takie książki, które "przeczytali wszyscy". A przynajmniej wszyscy czytający. Te najpopularniejsze powieści znikają z półek prawie równocześnie z rozpoczęciem się lata. Mamy urlopy, wakacje i nareszcie czas, żeby się odprężyć. Po "Jeżycjadę", "Harrego Pottera" i inne przyjemne lektury zjawiają się czytelnicy spragnieni spotkania z ulubionym bohaterem. Jedną z takich książek jest "Ania z Zielonego Wzgórza" - powieść, której nigdy nie przeczytałam.

Niedawno nadrobiłam tę zaległość. Stało się dla mnie jasne, że nigdy nie będę jedną z tych czytelniczek, które zjawiają się przed swoim urlopem po "Anię". Nie będę, bo... zakochałam się tak strasznie, że muszę mieć swoje własne egzemplarze książek Montgomery.

Ciężko jest nie zachwycić się takim utworem. Przepiękny, barwny język jest tylko pierwszą z wielu zalet powieści. Przede wszystkim Ania! Ania Shirely! Co za bohaterka! Ile w tej dziewczynie pogody, siły i mądrości. Niesamowitym przeżyciem było móc czytać o jej przygodach i obserwować jak ludzie zmieniają się za sprawą magii jej charakteru. Zawsze dziwiło mnie, żę dorosłe kobiety tak chętnie wracają do świata stworzonego przez Lucy Maud Montgomery, a teraz już wiem, że sama przeczytam całą serię jeszcze nie raz. Już postać tytułowej bohaterki jest wystarczającą zachętą, a przecież książka to nie tylko ona. Te opisy! Ta przyroda! Naprawdę ciężko mi nie używać wykrzykników. No i cała galeria barwnych postaci drugoplanowych: Maryla, Diana, pani Linde, Mateusz (kiedy kupił Ani sukienkę z bufiastymi rękawami - to jedna z najsympatyczniejszych scen w historii literatury młodzieżowej). I, oczywiście, Gilbert. Uśmiecham się na samą myśl o tym chłopaku.

"Ania z Zielonego wzgórza" to powieść niezwykła. Właściwie cieszę się, że minęło tyle lat zanim po nią sięgnęłam. Przeczytałam do tej pory wiele pozycji z literatury młodzieżowej - zarówno klasyki, jak i tej pisanej współcześnie i dzięki temu, teraz jako dorosła osoba, jestem w stanie docenić jak wspaniała i wyjątkowa jest to książka.

anai_z_zielonego

Moja ocena: 10/10

Tytuł: Ania z Zielonego Wzgórza

Autor: Lucy Maud Montgomery

Dla kogo: Dla wszystkich!

Najbardziej niesympatyczny bohater na świecie!

wdm.dg

      Jeśli jest się fanem Harrego Pottera i szuka podobnych książek na pewno prędzej czy później trafi się na Matta Hidalfa. Ja też trafiłam. I postanowiłam przeczytać pierwszą część.

      No i?

      Nie znoszę Matta Hidalfa! Nigdy jeszcze nie czytałam książki, której główny bohater tak bardzo mnie odrzucał. Rozpieszczony, wredny potwór przekonany o własnej wyjątkowości. Może i jest super-inteligenty, ale to sprawiło, że pycha i buta, aż wylewa się z całej tej egoistycznej postaci. I pomimo tego, że - paradoksalnie - książkę czytało mi się dobrze i szybko to już wiem, że po kolejne części na pewno nie sięgnę. Chyba, że mały cham dostanie porządną nauczkę.

Poza tym zgadzam się z tym co ktoś napisał wcześniej - treść to "fabularny bigos" i cały czas mam wrażenie, że powinna być jakaś wcześniejsza książka. Dużo wątków, poplątanych ze sobą, a brak jest rozwinięcia informacji, o których powinno się więcej napisać, np. czego dokładnie uczą w tej szkole?

No i Hidalf - postać tak daleka od sympatycznych, książkowych psotników, że naprawdę dziwię się, że ktoś chce mu pomóc. Chłopak się tak wywyższa i widać, że czuje się lepszy od innych... A oni go podziwiają i pomagają mu. Dostał zadanie do wykonania z dwoma innymi uczniami, a on ma to gdzieś, bo ma swój własny, egoistyczny cel. Reakcja tamtych? To przecież Matt, wybaczmy mu...

        Nie, nie, nie - porównywanie Hidalfa do Pottera to wstrętna zagrywka marketingowa. "Matt Hidalf i błyskawica widmo" to dla mnie wydrukowany fanfik, w którym zmieniono tyle fabuły, żeby nie było plagiatu, ale zabito ducha oryginału i podarowano nam ten koszmarek. Im dłużej o tym piszę tym bardziej mi się nie podoba. Kończę więc i na zawsze zapominam o tym "dziele".

     Polecam jednak nie przejmować się w tym wypadku moją opinią. Większość czytelników jest raczej zadowolona z lektury, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać przed wyrażeniem swojego zdania.

matt

Moja ocena: 3/10

Tytuł: Matt Hidalf i błyskawica widmo

Autor: Christophe Mauri

Wydawnictwo: Znak

Dla kogo: Nastoletni fani powieści fantastyczno-przygodowych, no i niech będzie, że fani Harrego

Książka o miłości

wdm.dg

     Skończyłam właśnie czytać powieść, którą każdy kto kocha książki przeczytać powinien. Serio.

      "Wyjątkowy rok" to jeden wielki cytat o tym, że książki są super. Autor, Thomas Montasser, przedstawia nam Valerie - młodą ekonomistkę, której ciotka zaginęła i w związku z tym dziewczyna musi przejąć prowadzenie małej księgarenki. Sklepik okazuje się być miejscem "z duszą", przesiąkniętym pasją czytania. Sprawia, że dziewczyna, która postrzegała wcześniej świat poprzez pryzmat cyfr, zatraca się w literaturze. Obserwujemy, jak książka za książką, Valerie staje się "prawdziwą księgarką", jak zaczyna postrzegać powieści tak jak to robią zapaleni czytelnicy.

     Przez księgarnię przewijają się kupujący. Niektórzy z nich zaprzyjaźniają się ze sprzedawczynią, przychodzą częściej i razem z nią dzielą pasję czytania. Te fragmenty lubiłam najbardziej.

     Czytałam opinie dotyczące "Wyjątkowego roku" - większość jest bardzo pozytywna. Spotkałam się jednak z notatką, która krytykuje ilość nawiązań do światowej literatury. Ja tego tak nie odczułam. Owszem, w tekście wymieniona została cała masa książek - niektóre tytuły to Wielka Klasyka, inne były mi kompletnie nieznane. Nie czułam się jednak przez to głupio. Wprost przeciwnie, podobały mi się cytaty i fragmenty poezji. A sam fakt zamieszczenia tych tytułów - wydaje mi się, że autor po prostu użył swoich ulubionych książek. Powieści czytane przez Valerii nie maja wpływu na fabułę. Równie dobrze można wyobrazić sobie, że czyta ona moje ulubione pozycje.

     Niektóre fragmenty powieści odczułam bardzo osobiście. Księgarz sprzedaje książki, bibliotekarz je wypożycza. I ja naprawdę znam te dziwne relacje bibliotekarz - książka i bibliotekarz - klient. Znam książki z mojej wypożyczalni, wiele z nich czytałam, przebywam z nimi codziennie. Denerwuję się, gdy widzę, że nie są szanowane, cieszę się kiedy ktoś się nimi zachwyca. No i czytelnik. Uwielbiam słowa "Niech mi Pani coś poleci". To wbrew pozorom nie takie proste. Patrzę na człowieka i muszę go 'wyczuć". Mój błąd może sprawić, że zniechęcę go do czytania. I powiem wam, że największą satysfakcję w pracy daje mi moment kiedy taki czytelnik wraca z uśmiechem na twarzy i słowami "Ale świetna książka". I bierze kolejną część albo prosi o coś nowego. To jest ta magia, o której pisał Montasser.

      Jedynym minusem książki jest to, że właściwie dwa główne wątki zostały przez autora pominięte. Co się stało z ciotką, gdzie i po co była? No i o co dokładnie chodziło z tą tajemniczą powieścią? Nie przeszkadza mi to jednak za bardzo, chociaż porządne rozwinięcie tych wątków mogłoby być całkiem ciekawe.

      "Wyjątkowy rok" to po prostu książka o miłości. Miłości do książek.

"Po książce Itala Calvina i dwóch tomach Roberta Gernhardta Valerie naprawdę czuła się dużo lepiej! (...) te małe ucieczki do wymyślonego świata pomogły jej wyjść z infekcji".

 

"Musiała od razu przeczytać duży fragment tej uroczej książki i zanim wróciła do pracy, naprawdę poczuła się szczęśliwsza".

9788379439010

 

Moja ocena: 9/10

Tytuł: Wyjątkowy rok

Autor: Thomas Montasser

Wydawnictwo: Świat książki

Dla kogo:Dla wszystkich, którzy kochają książki

© Po co sięgnąć, co przeczytać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci