Menu

Po co sięgnąć, co przeczytać

Kiedy masz jakieś wątpliwości, idź do biblioteki - Ron Weasley

Komiksy

Zachwyty, zachwyty, zachwyty

norsevia

Jeśli nie lubisz recenzji, w których oceniający, aż pieje z zachwytu to nie czytaj tej notatki. Nie mogę jednak inaczej - jak często znajdujemy coś co nas totalnie zachwyca, wprawia w osłupienie i przepełnia smutkiem kiedy się skończy? No właśnie. Jakby co - ostrzegałam.

Nigdy jeszcze nie było mi dane dostać w moje ręce komiksu, który tak bardzo mnie oczarował. Absolutne 10/10 - oceniam od razu, nie ma co czekać do końca wpisu. Spróbuję jednak uspokoić nieco gorącą głowę i wytłumaczyć co w serii "Azymut" jest tak rewelacyjne.

Nie wiem jak opisać o czym on tak właściwie jest. Historia fantastyczna, która splata przygody kilkoro bohaterów: naukowca w lab-okręcie, który szuka sposobu pokonania czasu, ślicznotki, która chce zachować swą urodę za wszelką cenę. Jest też zakochany malarz, major kochający boginię. Są czaso-ptaki, dziwoczki, latające ryby... A to nie wszyscy! I ciągle się coś dzieje - niezwykła wyobraźnia autora sprawiła, że wiele razy miałam w myśli, tak popularne w internecie, WTF? Zaskakiwana byłam na każdym kroku, czasem samym pomysłem twórcy, czasem nagłym zwrotem akcji.

A rysunki? Słowo "rysunki" brzmi aż obraźliwie, gdy określa się nimi te barwne dzieła.

Całkiem niedawno zachwycałam się ilustracjami w komiksie "Noe". Jean-Baptiste Andréae właśnie wywindował mój zachwyt na tak wysoki poziom, że nie wiedziałam nawet, że go mam. Wszystko, każdy detal, począwszy na postaciach, a skończywszy na tle wydaje mi się być absolutnie dopracowany. Pomysł, wykonanie, nawet dobór barw jest idealny. Rysownik potrafi oszałamiać kolorami, żeby po chwili udowodnić, że mając do dyspozycji jedynie czerń i biel nadal jest geniuszem.

Niestety po przeczytaniu 3 części zorientowałam się, że na razie to już wszystko. Zostałam z tysiącem pytań, spragniona dalszych ilustracji, by dowiedzieć się, że jeden album ukazuje się co 2 lata. Następny będzie prawdopodobnie w 2018 roku! Moje serce płacze...

Żałuję ogromnie, że "Azymut" pożyczyłam z biblioteki. Przeczytałam go, więc niby nie powinnam czuć potrzeby kupowania. Jednakże sens słów "muszę go mieć" wypełnia mnie od momentu kiedy spojrzałam na wewnętrzną stronę okładki. I z każdą kartką ten stan się pogłębiał.

Polecam każdemu! Kupujcie dla siebie i na prezent - nawet jeśli ktoś nie lubi czytać to w darze dostanie te ilustracje. Olśniewające!

okladka450vMoja ocena: 10/10

Seria: Azymut

Tytuły: 1. Poszukiwacze zaginionego czasu. 2. Niech piękna zdycha. 3. Antropotamy Nihilu

Autorzy: Wilfrid Lupano, Jean-Baptiste Andréae

Dla kogo: Dla wszystkich - podziwiajcie!

 

Zabawnie, uroczo

norsevia

Czasami jakaś książka tak nas poruszy, że mamy ochotę pisać na jej temat całe eseje - jak ona rewelacyjna, jak wzruszająca. Innym razem trafiamy na beznadzieję, o której nawet nie chce nam się pisać. A czasami jakaś pozycja okazuje się nie być wybitną, ale ma w sobie to "coś" co każe nam o niej chociaż wspomnieć.

Tym trzecim przypadkiem jest właśnie komiks "Rysiek i Królik" - historia obrazkowa pokazująca przyjaźń szkolnych kolegów z ławki. Rysiek jest spontaniczny, lubi sport, a Królik to wrażliwy poeta, uwielbiający gry komputerowe. Ich wspólne przygody sprawią, że uśmiechnie się niejeden ponurak.

Co mnie tak ujęło w komiksie Piotrkowicza, Budziejewskiego i Urbaniak? No właśnie ten humor! Nie ma wątpliwości, że te urocze historyjki są przeznaczone przede wszystkim dla dzieci, ale zabawne sytuacje, które pamiętamy wszyscy ze szkoły (lub właśnie je przeżywacie) naprawdę potrafią poruszyć naszymi mięśniami twarzy (albo nawet brzucha :) ).

Ilustracje też są bardzo ładne. Postacie są sympatyczne, kolorowe i miłe dla oka. Takie jakie powinny być w komiksach dla dzieci.

Paweł Beręsewicz (autor m.in moich kochanych Ciumków [recenzja]) powiedział kiedyś, że mało jest w Polsce literatury rodzinnej, czyli takiej, którą z przyjemnością czytaliby wspólnie rodzice z dziećmi. "Ryśka i Królika" można spokojnie do niej zaliczyć. 

Naprawdę nie dziwi mnie, że akurat ten komiks zdobył wyróżnienie w konkursie im. Janusza Christy. Polecam każdemu, a sama czekam niecierpliwie na kolejną część :)

okladka200gh

Moja ocena: 7/10

Autorzy: Katarzyna Urbaniak, Krzysztof Budziejewski, Łukasz Piotrkowicz

Tytuł: Rysiek i Królik. W szortach

Dla kogo: Dla dzieci i młodszej młodzieży oraz dla rodziców

Rozterki Noego

norsevia

Bóg stworzył ziemię i ludzi. Od chwili kiedy Ewa podała Adamowi jabłko ludzkość coraz częściej potykała się, aby w końcu upaść. Stwórca patrzył na to z coraz większą złością, aż postanowił ukarać swoje dzieci. Zesłał potop, a ostatniego prawego człowieka wyznaczył do uratowania zwierząt.

Wszyscy znamy historie Noego, więc po co ją przypominam?

W moje ręce trafiła komiksowa tetralogia - "Noe". I okropnie mnie zaskoczyła! Pozytywnie, oczywiście. Zawsze mnie zdumiewa jak twórcy potrafią spojrzeć na znaną historię raz jeszcze i zaprezentować ją po swojemu. Tak właśnie było w tym przypadku.

Scenarzyści - Darren Aronofsky i Ari Handel - stworzyli przypowieść o potopie od początku, skupiając się na emocjach, które musiały towarzyszyć budowniczemu Arki i jego rodzinie. Dodali do tego trochę magii i fantastyki, włączyli upadłe anioły i przedstawili świat jakiego nikt z nas nie chciałby poznać. Świat zepsuty i okrutny, gdzie nie ma już ludzi dobrych i bezinteresownych. Sam Noe nie jest przedstawiony jako człowiek oświecony czy pozbawiony wątpliwości. O nie - Noe się waha, podejmuje decyzje, które całkowicie nie zgadzają się z jego sumieniem, ale uważa, że tego chce Bóg.

Wszystkie emocje i wydarzenia podkreślają wspaniałe rysunki Niko Henrichona. To nie są kolorowe ilustracje bajeczki - wprost przeciwnie - mam wrażenie, że bury świat przedstawiony przez rysownika nie ma w sobie światła i nadziei. Każda plansza to małe dzieło sztuki - przepięknie narysowana z wieloma detalami. Zdarzało mi się, że zapomniałam czytać, bo tak pochłaniało mnie oglądanie każdego rysunku z osobna.

Szczerze polecam wszystkie cztery części.

okladka600w

Moja ocena: 8/10

Scenariusz: Darren Aronofsky i Ari Handel

Rysunki: Niko Henrichon

Dla kogo: Dla wszystkich dorosłych

Death Note

wdm.dg

          Kolejny dowód na to, co kompleks Boga może zrobić z człowiekiem. Tak podsumowałabym tę mangę jednym zdaniem.

          Dzięki Tsugumi Oba poznajemy młodego, inteligentnego i znudzonego życiem Lighta Yagamiego, którego egzystencja jest okraszona pasmem sukcesów, którejkolwiek dziedziny się nie podejmie. Chłopak jest również przystojny, co przysparza mu wiecznej adoracji ze strony płci przeciwnej.

          Czegóż można chcieć więcej?

          Jak się okazuje, marzeniem Lighta, syna szanowanego policjanta, jest wyplenić zło, które trawi otaczający go świat.

          Pewnego dnia otrzymuje od losu (czy też złośliwego, niezbyt urokliwego boga śmierci) szansę, by przy pomocy zaledwie pióra, usunąć z tego świata wszelkie szumowiny i uczynić go prawym i szczęśliwym.

          Co może pójść nie tak, gdy w grę wchodzi tak szlachetny cel? Paradoksalnie prawo, które niechętnie pozwala na mordowanie nawet największych kanalii.

          Jednak problematyka poruszona przez autora nie ogranicza się wyłącznie do dywagacji na temat problemów moralnych głównego bohatera.

          Tak - paradoksu ciąg dalszy - chcąc oczyścić matkę Ziemię, główny bohater staje się przestępcą, poszukiwanym, m.in. przez swojego ojca... i drugą, najważniejszą zaraz po nim postać, tajemniczego L - nieco (z naciskiem na bardzo) ekscentrycznego geniusza, którego pociąg do produktów zawierających duże ilości C12 H22 O11, notorycznych drzemek, lakonicznych odpowiedzi i specyficznego stylu siedzenia, stały się legendarne.

          Jak to zwykle z japońskimi tworami bywa, występuje tu też coś, co można by było zgoła nazwać przyjaźnią (gdyby nie chęć wyeliminowania siebie nawzajem) pomiędzy L i Lightem.

          W późniejszych tomach historia traci na wartości( to czysto subiektywna opinia), choć ciągle jest interesująca i miewa przebłyski dawnej świetności. Jedynym minusem jest zakończenie, które mogłoby być nieco bardziej twórcze. Zamiast tego rozwiązanie jest do bólu przewidywalne, choć pozwala na refleksje nad życiem ludzkim i jego znaczeniem.

          Telegraficznym skrótem : są tu moralne dylematy, samotność, poświęcenie, symbole, świetne zwroty akcji oraz odwieczny motyw walki z samym sobą, jak i resztą świata.

          Zdecydowanie wysoko na liście moich ulubionych mang! "Death note" mogę polecić zarówno pietnastolatkom, jak i dwudziestoparolatkom - każdy znajdzie coś dla siebie, bez względu na to, czego szuka.

death note

Recenzja czytelnika biorąca udział w grudniowej edycji konkursu.

Przyznano wyróżnienie.

Królik samuraj

wdm.dg

    Królik-samuraj.

    Królik samuraj.

    Samuraj królik. Królik samuraj. Im więcej razy sobie to powtarzałam tym bardziej brzmiało to niedorzecznie. Jak można było narysować komiks o XVII-wiecznej Japonii i głównym bohaterem uczynić królika samuraja? Widać można było. I to w taki sposób, że zarumieniłam się myśląc ze wstydem, że chciałam skreślić tę historię tylko dlatego, że patrzyłam na antropomorfizację głównego bohatera zbyt stereotypowo.

    Króliki są tchórzliwe. Jeżeli w jakiś bajkach dostają ludzkie cechy to tylko po to, żeby chować się za większym, odważnym zwierzakiem, który ma ich ochronić. Stan Sakai jest ponad to. Odrzucił ustalone reguły i stworzył świetnego bohatera - Miyamoto.

    Seria "Usagi Yojimbo" rozpoczyna się tomem "Ronin" i obecnie liczy około 26 odcinków. Jej tytuł znaczy królik ochroniarz. Głównym bohaterem jest ronin, czyli samuraj bez pana. Jego przygody odkrywamy czytając kolejne krótkie historie połączone głównym wątkiem. Miyamoto podróżuje, uczy się, pomaga słabszym i walczy z wrednymi, od kiedy stracił swego pana w bitwie pod Adachigahara. 

   Kiedy już przeżyjemy pierwszy szok i zetrzemy kpiący uśmieszek ze swojej twarzy możemy wtedy zobaczyć, że mamy przed sobą całkiem niezły komiks. Jak informuje nas okładka autor "słynie z wielomiesięcznych, starannych badań nad historią i kulturą Japonii". Czytając da się to odczuć - pokazane rytuały, specjalistyczne słownictwo (oczywiście z objaśnieniami) oraz pewne zachowania naszych bohaterów są tylko wstępem do polubienia tego komiksu.

       Postaci, które poznajemy to uczłowieczone zwierzęta, ale jak już napisałam, Stan Sakai unika robienia tego stereotypowo. Królik jest odważny i honorowy, Nosorożec (który normalnie byłby tępym mięśniakiem) jest cwany i sprytny. Za każdym razem po nowo poznanym bohaterze spodziewam się czegoś typowego i wtedy zostaję zaskakoczona. To według mnie największy atut serii "Usagi Yojimbo".

     Jak to w komiksach o wojownikach bywa dużą część akcji zajmują bitwy, potyczki i pojedynki. Zwykle taki temat potraktowany jest na dwa sposoby: albo nikt nigdy nie umiera (jak w "Drużynie A" - ciągle się strzelali, a chyba nikt nigdy nie padł), albo serwują nam krwawą jatkę z flakami i latającymi kończynami. Miyamoto bywa raniony, zabija swoich przeciwników, czasami ucina nawet komuś głowę, ale rysownik oszczędza nam okropnych widoków i hektolitrów krwi. Może nie jest to super-realistyczne, ale przynajmniej nie bywa obrzydliwe.

      Każdemu kto lubi komiksy, interesuje się historią Japonii, trenuje sztuki walki czy lubi historie o wojownikach polecam serię "Usagi Yojimbo". Każdy znajdzie tam coś co będzie mu pasowało.

ronin usagi yojimbo stan sakai

Wampir, ale inny

wdm.dg

    Z mangą często jest ten problem, że jest bardzo brutalna. Kiedy czytam cykl przeznaczony dla nastolatków raczej nie spodziewam się rozlewu krwi, prób gwałtów czy okrutnych morderstw. A tu, proszę bardzo - są. Mnie osobiście to jakoś strasznie nie przeszkadza, w Japonii to chyba też żaden problem, ale ciężko jest, z czystym sumieniem, polecić polskiej nastolatce komiks, w którym znajdzie taką scenę. Może przesadzam, ale zawsze mam przed tym opory.

     Niedawno trafiłam na mangę o wampirach i z ciekawością po nią sięgnęłam. Zainteresowało mnie jak twórcy komiksów poprowadzą ten modny ostatnio temat. Bałam się jednak, że pojawi się problem zbytniej brutalności - w końcu wampiry najczęściej atakują i zabijają ludzi - rysownicy mogli w takim wypadku zafundować czytelnikowi naprawdę drastyczne obrazy. na szczęście niepotrzebnie się tego obawiałam.

   "Wampirzyca Karin" jest fajną mangą o nietypowym wampirze, gdzie dużą część fabuły zajmują "męki dorastania". Można się pośmiać, czasem trochę wzruszyć, a główna bohaterkę zdecydowanie da się polubić. Istnienie wampirów i ich pragnienie jest potraktowane bardzo nietypowo. Osobiście uwielbiam tę szurniętą rodzinę, która robi wszystko, żeby wieść o dziwactwie Karin nie rozpowszechniła się wśród innych wampirów.

    Polecam fanom mangi i dziewczynom od 15 roku życia.

 

Przepraszam za wygląd tej notatki, ale mam jakąś blokadę kiedy próbuje pisać o Karin. Podchodziłam do tego tekstu już 3 razy. Może dlatego, że to co można o niej napisać to po prostu - fajne, przeczytajcie.

 

wampirzyca karin

Od tego się zaczęło

wdm.dg

    W połowie lat 90-tych na ekranach polskich telewizorów pojawiła sie "Czarodziejka z księżyca". Razem z nią pojawił się zachwyt dzieci nad japońskimi bajkami oraz przerażenie rodziców nad treścią tych historyjek.

      Maszyna ruszyła. Zaraz potem pojawili się Yattaman, Dragonball, Pokemony i wiele innych bajek (był nawet "Zorro" w japońskiej wersji) i poziom ich popularności na zawsze pogrzebał nadzieje zaniepokojonych rodziców na pozbycie się tego typu animacji z programów telewizji. A wszystko zaczęła właśnie płaczliwa Usagi Tsukino i jej przyjaciółki. Ja sama, gdy byłam dzieckiem całkowicie ją uwielbiałam - miałyśmy nawet z koleżankami funklub i po szkole bawiłyśmy się w czarodziejki.

      Właśnie wtedy do Polski trafiła też manga - komiksy tworzone w Japoni, cieszące sie w tym kraju ogromną popularnością, zarówno wśród dzieci jak i dorosłych. Czytałam nawet kiedyś, że w kraju Kwitnącej Wiśni wszelkiego rodzaju mangi jest tyle, że większość czytających kupuje zeszyt z komiksem i po przeczytaniu go wyrzuca, bo znajomi i tak mają swoje egzemplarze, a do raz przeczytanych nie opłaca się wracać, bo jest całe mnóstwo innych.

         Niedawno miałam okazję, po raz pierwszy w swoim życiu (wcześniej mnie jakoś nie ciągnęło), przeczytać mangę "Czarodziejka z księżyca". Ciekawie było wrócić do tego tematu po tylu latach.

      Niesety chyba za bardzo dorosłam, ale nie porwała mne ta historia. Bardzo często łapałam się na tym, że wiele rzeczy pamiętam jeszcze z serialu (po taki czasie! :)) i nie ma wielkiej różnicy w treści. Najpierw mówiąz kot Luna odnajduje Usagi i zmienia ją w Czarodziejkę z Księżyca. Następnie po kolei znajdują się jej towarzyszki z innych planet - Merkury, Mars, Jowisz, Wenus. Cały czas pojawiają się przeciwnicy, potwory, którzy chcą albo zniszczyć Ziemię albo zawładnąć Ziemią. Czarodziejki chronią więc naszą planetę przed wrogami, z których każdy jest silniejszy od poprzedniego i jest coraz ciężej. Zawsze wtedy pojawia się bardzo dosadne przesłanie, które głosi, że miłość i dobroć jest najwazniejsza, oraz że dla ratowania przyajciół trzeba się poświęcić. Jest to miłe, aczkolwiek ilość tego przesłania jest lekko irytująca.

     Jeśli chodzi zaś o rysunki, które w mandze są ponoć najważniejsze, myślę, że są na dobrym poziomie. Bardzo delikatne, nastawione bardziej na pokazanie piękna czarodziejek niż ich emocji, ale naprawdę miło się ogląda. Oczywiście jestem tylko przeciętnym czytelnikiem, a nie znawcą tematu.

       Polecam ten cykl młodym dziewczynom i osobom, które dawno temu lubiły "Czarodziejkę z księżyca" - na pewno będzie to  ciekawa podróż w przeszłość. Natomiast dorośli fani mangi jak najbardziej mogą przeczytać, chociaż podejrzewam, że najczęstszym komentarzem będzie "Fajne, ale czytałam/em lepsze".

czarodziejka z księżyca

Jeszcze trochę "Zmierzchu"

wdm.dg

    "Zmierzchomania" ogarnęła świat. Można nie lubić, nie popierać, mieć po prostu absolutnie dość wszystkiego co jest związane z książkami, ale nie da się zaprzeczyć - "Zmierzchomania" ogarnęła świat. Książki, film, tysiące gadżetów i miliony szalonych fanek jest na to najlepszym dowodem. Jednak w całym tym szale powstało coś, co mnie osobiście bardzo zainteresowało i ucieszyło - "Zmierzch. Powieść ilustrowana".

     Nie wariuję jakoś specjalnie przez te książki. Owszem, przeczytałam i nawet mi się podobało - miła, odprężająca lektura, do której w zimny, jesienny wieczór chętnie wrócę. Nie popadam jednak w amok na samą myśl o serii Stephenie Meyer, filmy nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia, nie miękną mi kolana kiedy widzę Pattisona, mogę więc na spokojnie przemyśleć sprawę komiksu.

     Komiks ma jeden gigantyczny minus - niczego nowego nie wnosi do historii i kończy się tak gdzieś w połowie "Zmierzchu". Jest dokładnym odzwierciedleniem akcji z powieści, przez co jest po prostu nudny. Drugim minusem jest jego cena - detaliczna wynosi 34,90, czyli w sumie tyle co książka.

    Jednakże obydwa te minusy równoważą, a może nawet przeważają ilustracje Young Kim. Komiks jest przepiękny! Już sama okładka przyciąga spojrzenie, a to tylko zapowiedź tego co jest w środku. Trochę narysowany jak manga, postacie bardzo ciekawe - widać, że ilustratorka bardzo się starała odbiec chociaż trochę od wizerunków Roberta Pattisona, Kiersten Steward i Tylora Lautnera i nadać im wygląd postaci z własnych wyobrażeń. Efekt bardzo ciekawy. Najciekawszy jednak efekt daje kilka rysunków kolorowych. Większość komiksu jest czarno-biała, jednak w tych fragmentach, gdy barwa była ważna dla sceny narzucony jest kolor. Daje to niesamowity efekt, np. krew i wzmocniona czerń w koszmarach Belli.

     Osobiście lubię wszystko co może pomóc przekonać ludzi do niedocenianej sztuki komiksu. "Zmierzch. Powieść ilustrowana" jest na pewno bardzo ciekawą pozycją, która może zainteresować nie tylko fanki "Zmierzchu", ale i miłośników dobrego rysunku.

 

zmierzch komiks

    

Chłopiec i jego tygrys

wdm.dg

calivn i hobbes

 

      Calvin jest małym chłopcem o bardzo, bardzo dużej wyobraźni. Tak wielkiej, że jego ukochany pluszowy tygrys Hobbes staje się prawdziwy i namawia go do róznych dziwnych zachowań. Brzmi jak bajeczka dla dzieci, prawda? Jest to całkowicie mylny osąd. Przygody Calvina i Hobbesa są prześmiesznym komiksem dla wszystkich. Czytelnik może naprawdę być zaskoczony ile razy uśmieje się, aby potem pokiwać głową i pomysleć - "sama prawda". Zwłaszcza patrząc na reakcję biednych rodziców Clavina na jego szalone pomysły. Co ciekawe młody czytelnik będzie się śmiał z zupełnie innych rzeczy niz ten starszy. Przeglądałam kiedyś te komiksy z dzieciakami - umierały ze śmiechu kiedy trafiałyśmy na fantazje Calvina, że jest dinozurem (potem okazywało się, że jest na lekcji), a ja zaledwie się na tym uśmiechnełam. Ja znowu chichotałam na "filozoficznych" przemyśleniach chłopca - czego mniejsi czytelnicy w ogóle nie rozumieli. No i niezniszczalni, ukochani rodzice Calvina - który z rodziców ich nie zrozumie?

    Serie komiksów Billa Wattersona polecam każdemu, bo każdy znajdzie coś dla siebie, każdy trafi na wiele tekstów, które go rozśmieszą.

 

calvin i hobbes pl

Życie dziewczyny

wdm.dg

Wiele dziewczyn lubi czytać pamiętniki. Niegasnąca popularnośc takich serii jak "Ala Makota", "Pamiętnik księżniczki" czy "Zwierzenia Georgii Nickolson" są na to najlepszym dowodem. Wyjątkową pozycją wśród tego typu książek jest "LOU!" - komis.

"Lou" obecnie składa się z 5 części:

  1. Codziennik
  2. Na końcu świata
  3. Cmentarzysko autobusów
  4. Sielanka
  5. Laserowy ninja

Jest to historia nastoletniej dziewczyny, która żyje z zakręconą matką, kocha sie w sąsiedzie, ma kota i ogólnie lekko zakręcone życie. Jej niezwyklośc polega na tym, że każda czytelniczka zaraeguje na jej przygody myśląc - "ja też tak mam lub" "ja też tak chcę".

Może nie każdy lubi komiksy, ale naprawde jest to pozycja godna polecenia dla każdej dziewczyny i kobiety. A fakt, ze jest to historia obrazkowa dodaje jej dodatkowego uroku. Zeszyty sa króciutkie, więc czytelnik nie straci wiele czasu, ale zyska na pewno dobry humor i odprężenie.

 

lou 1lou 2lou 3lou 4lou 5

Przygoda dla dorosłych z humorem i obrazkami

wdm.dg

W Polsce komiks nie jest jeszcze zbyt popularny. Uznawany za "zbiór obrazków dla dzieci", traktowany jest jako książeczki dla najmłodszzych. Nie ma co sie dziwić - jedynymi komiksami, o których słychac lub gdzieś nam wpadna w ręce są przede wszystkim "Kaczor Donald", "Asterix i Obelix" oraz wiele innych faktycznie przeznaczonych dla dzieci.

Jezeli tylko wyjdziemy wreszcie z poglądu, że czytanie komiksu jest czyms zawstydzającym i niestosownym dla Wielce Szanownej Osoby Dorosłej możemy nieźle się ubawić a czasem zachwycić. Dlaczego zachwycić? Komiksy bardzo często są mistrzowsko narysowane. Poza paroma niechlubnymi wyjątkami znajdziemy tam małe dzieła sztuki grafiiki, szkicu czy rysunku.

A dlaczego ubawić? Na to pytanie nie odpowiem ja - tylko Hebius, bohater cyklu komiksowego "Lanfeust z Troy". Hebius jest straszliwym, dzikim Trollem zamieszkującym jedną z puszcz w świecie Troy. Został jednak zaczarownany i dlatego musi sie zachowywać porządnie. Wędruje z Lanfeustem i jego druzyną po świecie, w którym człowiek każdy urodził się z jakimś darem magicznym. Zdolnośc ta może być duża, mała, śmieszna lub przydatna. jeden może władać wodą, inny powodować pragnienie,  a jeszcze inny sprawiać, ze wypadają wszystkie zęby.

W tym dziwnym świecie można spodziewać sie wszystkiego - nawet transportu napędzanego śpiewem lub obrażalskich bogów, którzy gdy ktoś im podapanie sprawiają...  a zresztą sami sie dowiedzcie co :P

 

Część pierwsza - "Kość Magohamotha"

 

komiks lanfeust okładka

© Po co sięgnąć, co przeczytać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci