Menu

Po co sięgnąć, co przeczytać

Kiedy masz jakieś wątpliwości, idź do biblioteki - Ron Weasley

Dla dorosłych

Magiczne akta Scotland Yardu

norsevia

Wreszcie się doczekałam! Część z was wie jak niesamowite jest to uczucie - egzemplarz recenzencki! Cieplutka książka, jeszcze przed premierą. Piękne poczucie docenienia przepełnia mnie od środka i jeżeli w wydawnictwie SQN są osoby, które wierzą w karmę i powracające dobre uczynki to polecam puścić totolotka. Karmicznie macie naprawdę zwiększoną szansę.

"Clovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu" jest przedziwną powieścią. Długo nie byłam pewna czy ona mi się w ogóle podoba. Z opisu spodziewałam się raczej kryminału retro - w stylu Conana Doyla lub Agathy Chriestie i na to byłam nastawiona. Kiedy przypadł mi do gustu jakiś bohater myślałam sobie "Niech go nie zabiją". Kiedy dotarłam do 100 strony było już "niech wreszcie kogoś zabiją". Doczekałam się dopiero na 120 stronie. Co nie znaczy, że brak trupa wcześniej mnie męczył...

Książka okazała się niezwykłą mieszkanką książek obyczajowych, historycznych, kryminalnych i fantastycznych. Pierwsze rozdziały skupiają się na pokazaniu głównych bohaterów, ich otoczenia i relacji jakie je łączą.

Jest rok 1873. Clovis LaFay wraca do Londynu, gdzie podejmuje współpracę z Podwydziałem Spraw Magicznych. Jego rodzina nie patrzy na to przychylnym okiem, ale oni nigdy nie patrzą na niego przychylnym okiem (z wzajemnością). W przeciwieństwie do Johna Dobsona, który jest bardzo zadowolony z faktu, że to właśnie dawny znajomy ma z nimi pracować. Młody nekromanta powoli uczy się śledczego fachu, przełamując niechęć reszty policjantów, dla których jego nazwisko kojarzy się z niezbyt chlubnymi sprawami.

Lektura "Clovisa" nie jest łatwym czytaniem. Nie oznacza też, że jestem czytaniem trudnym. Po prostu jest to powieść wymagająca od czytelnika skupienia i zatracenia w słowach. Autorka jest mistrzynią drobiazgu - o dziwo, nie męczącego. Po przeczytaniu książki nie wyobrażam sobie, że mogłoby zabraknąć jakiegokolwiek opisu czy historii. Początkowo bardzo skupia się na przedstawieniu nam bohaterów, przerywa akcję retrospekcjami, które mają przybliżyć czytelnikowi powiązania między postaciami. A z każdym rozdziałem jest ich coraz więcej, przy czym każda barwna, ciekawa i niekoniecznie pozytywna. Pojawia się również ktoś, kto spokojnie może rywalizować z Joffreyem z "Gry o tron" o miano najpaskudniejszej kreatury w literaturze.

Akcja kryminału toczy się równym, spokojnym tempem, żeby nagle wyskoczyć do góry, po czym znowu się uspokoić. Oczywiście poza końcówką, która, jak to w powieściach bywa, przyspiesza, wciąga i powoduje palpitacje serca. Pamiętajcie, żeby chociaż spróbować oddychać.

Minusem jest, według mnie, język jakim pisane są dialogi. O ile narrator pomaga nam wczuć się w klimat powieści pokazując naszym oczom dorożki, ubrania bohaterów czy wygląd mieszkań, o tyle bohaterowie mówią w sposób bardzo współczesny i trochę mi to przeszkadzało w poczuciu klimatu epoki.

Będę czekała na kontynuacje powieści, chociaż mam nadzieję, że druga część jeszcze bardziej skupi się na pracy Wydziału Spraw Magicznych niż na rodzinach bohaterów.

Powieść Anny Lange polecam raczej dorosłym czytelnikom, którzy oczekują od powieści czegoś więcej niż prostego czytadła.

 clovis_front_1000px

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Anna Lange

Tytuł: CClovis LaFay. Magiczne akta Scotland Yardu

Dla kogo: dla dojrzałego czytelnika

 

Za egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non

logo_sqn1

Książka na lato... i jesień i zimę i wiosnę i zawsze

norsevia

Na lato i urlop szukamy książek, które dadzą nam  wytchnienie, zrelaksują lub rozweselą.Po prosstu pozwolą zapomnieć o świecie, który na jakiś czas zostawiliśmy w pracy czy szkole. Ja potrzebowałam jakiejś zabawnej książki - bardzo potrzebowałam się pośmiać. i od razu powiem wam, że trafiłam w dziesiątkę - przeczytałam "Nomen Omen" Marty Kisiel.

Główną bohaterką jest 25-lectnia dziewczyna o nietypowym imieniu.

- Jak się nazywasz?

- Salomea Przygoda.

- Niektórzy rodzice nie znają litości.

Salka wyprowadza się z domu, żeby uciec od zwariowanej, nieznającej granic rodziny. Znajduje pokój w tajemniczym domu we Wrocławiu, gdzie ma nadzieję zaznać trochę spokoju... Jak wiadomo, gdyby jej się to udało to nie byłoby książki :)

Okazuje się, że dziwaczne właścicielki posiadłości są jeszcze dziwniejsze niż Salka podejrzewała, a na domiar złego szurnięta rodzinka jakoś też nie chce usunąć się w cień. No i jeszcze we Wrocławiu jakoś niebezpiecznie się zrobiło...

Nie będę ukrywać jak bardzo ta książka mi się podobała. Jej ogromnym plusem jest humor, który trafił w mój gust. Umówmy się - nie jest to wyrafinowany dowcip, ale autorka nie zniżyła się też do poziomu topornych, prymitywnych żartów. Najbardziej lubiłam rozmowy Bartka z Niedasiem. Zestawienie dwój tak kontrastowych bohaterów było naprawdę świetne.

- Kilniemy gada osikanym kołkiem

Niby to dość powszechny i oklepany żart, ale w kontekście całej rozmowy położył mnie na łopatki. Nie będę jej cytować, żeby nie zepsuć potencjalnemu czytelnikowi zabawy.

Sama fabuła, chociaż momentami naprawdę oryginalna ma jeden minusik - dosyć przewidywalne zakończenie. ALE po pierwsze - czego miałam się spodziewać po tego typu książce? Po drugie rekompensuje to język w jakim jest napisana książka. Widać, że autorka jest świadoma swojego warsztatu i zdaje sobie sprawę co pisze - lekką, zabawną powieść, która ma wyluzować czytelnika, ale jednocześnie nie traktuje go jak kretyna.

Zaciekawiło mnie jeszcze coś innego: "Nomen Omen" dostanie ode mnie mocne 8/10. Nie jest to pozycja wybitna, która trafia czytelnika w serce, ale trafia za to w brzuch, który trzęsie się od śmiechu. Przejrzałam recenzje tej książki i bardzo często pojawiało się stwierdzenie: "Super, ale "Dożywocie" było lesze".

Zaczynam się bać tego "Dożywocia", bo jeszcze nie czytałam, a już mam wielkie nadzieje co do niej. Skoro przygody Salki tak mi się spodobały i rozbawiły to co dopiero będzie przy debiutanckiej powieści Marty Kisiel? Już na liście do przeczytania.

 

Ps. Osikany kołek... hehehe

 

nomenomen_martakisiel

Moja ocena: 8/10

Tytuł: Nomen omen

Autor: Marta Kisiel

Dla kogo: Dla wszystkich, którzy mają ochotę się pośmiać :)

Książka o miłości

wdm.dg

     Skończyłam właśnie czytać powieść, którą każdy kto kocha książki przeczytać powinien. Serio.

      "Wyjątkowy rok" to jeden wielki cytat o tym, że książki są super. Autor, Thomas Montasser, przedstawia nam Valerie - młodą ekonomistkę, której ciotka zaginęła i w związku z tym dziewczyna musi przejąć prowadzenie małej księgarenki. Sklepik okazuje się być miejscem "z duszą", przesiąkniętym pasją czytania. Sprawia, że dziewczyna, która postrzegała wcześniej świat poprzez pryzmat cyfr, zatraca się w literaturze. Obserwujemy, jak książka za książką, Valerie staje się "prawdziwą księgarką", jak zaczyna postrzegać powieści tak jak to robią zapaleni czytelnicy.

     Przez księgarnię przewijają się kupujący. Niektórzy z nich zaprzyjaźniają się ze sprzedawczynią, przychodzą częściej i razem z nią dzielą pasję czytania. Te fragmenty lubiłam najbardziej.

     Czytałam opinie dotyczące "Wyjątkowego roku" - większość jest bardzo pozytywna. Spotkałam się jednak z notatką, która krytykuje ilość nawiązań do światowej literatury. Ja tego tak nie odczułam. Owszem, w tekście wymieniona została cała masa książek - niektóre tytuły to Wielka Klasyka, inne były mi kompletnie nieznane. Nie czułam się jednak przez to głupio. Wprost przeciwnie, podobały mi się cytaty i fragmenty poezji. A sam fakt zamieszczenia tych tytułów - wydaje mi się, że autor po prostu użył swoich ulubionych książek. Powieści czytane przez Valerii nie maja wpływu na fabułę. Równie dobrze można wyobrazić sobie, że czyta ona moje ulubione pozycje.

     Niektóre fragmenty powieści odczułam bardzo osobiście. Księgarz sprzedaje książki, bibliotekarz je wypożycza. I ja naprawdę znam te dziwne relacje bibliotekarz - książka i bibliotekarz - klient. Znam książki z mojej wypożyczalni, wiele z nich czytałam, przebywam z nimi codziennie. Denerwuję się, gdy widzę, że nie są szanowane, cieszę się kiedy ktoś się nimi zachwyca. No i czytelnik. Uwielbiam słowa "Niech mi Pani coś poleci". To wbrew pozorom nie takie proste. Patrzę na człowieka i muszę go 'wyczuć". Mój błąd może sprawić, że zniechęcę go do czytania. I powiem wam, że największą satysfakcję w pracy daje mi moment kiedy taki czytelnik wraca z uśmiechem na twarzy i słowami "Ale świetna książka". I bierze kolejną część albo prosi o coś nowego. To jest ta magia, o której pisał Montasser.

      Jedynym minusem książki jest to, że właściwie dwa główne wątki zostały przez autora pominięte. Co się stało z ciotką, gdzie i po co była? No i o co dokładnie chodziło z tą tajemniczą powieścią? Nie przeszkadza mi to jednak za bardzo, chociaż porządne rozwinięcie tych wątków mogłoby być całkiem ciekawe.

      "Wyjątkowy rok" to po prostu książka o miłości. Miłości do książek.

"Po książce Itala Calvina i dwóch tomach Roberta Gernhardta Valerie naprawdę czuła się dużo lepiej! (...) te małe ucieczki do wymyślonego świata pomogły jej wyjść z infekcji".

 

"Musiała od razu przeczytać duży fragment tej uroczej książki i zanim wróciła do pracy, naprawdę poczuła się szczęśliwsza".

9788379439010

 

Moja ocena: 9/10

Tytuł: Wyjątkowy rok

Autor: Thomas Montasser

Wydawnictwo: Świat książki

Dla kogo:Dla wszystkich, którzy kochają książki

Los w rękach kobiety

wdm.dg

Gdyby nie wyzwania czytelnicze nigdy bym nie trafiła na tą książkę...

Gdyby nie wyzwania czytelnicze nigdy bym nie pomyślała o tej książce...

Gdyby nie wyzwania czytelnicze nigdy bym nie zaczęła jej czytać.

Na szczęście podjęłam wyzwania czytelnicze :)

 

    "Przeznaczenie ma na imię Klotylda"  jest pierwszą książką, którą przeczytałam w ramach wyzwań. Uświadomiłam sobie dzięki niej, że tego typu akcje są niesamowicie ważne, ponieważ potrafią wyrwać czytelnika ze swoich przyzwyczajeń. A ja nawet nie wiedziałam, że je miałam!

   Połączyłam ze sobą "hasło" oraz "dookoła świata", w związku z tym książka, której poszukiwałam musiała nie być literaturą polską lub amerykańską oraz zawierać w swoim tytule słowo "imię" lub dosłownie jakieś imię. W ten o to przedziwny sposób trafiłam na włoską powieść Giovannino Guereschiego.

    Powtórzę to jeszcze raz - szczerze wątpię, żebym w innych sposób trafiła na historię Filimaria Duble - niezwykle upartego mężczyzny, który na skutek swej dumy został pozbawiony rodzinnych pieniędzy. Nasz bohater jest bardzo intrygującą postacią - już na samym początku czytelnik może poznać jego niezwykłe poczucie humoru, które połączone z naprawdę dużą inteligencją daje zupełnie nieprzeciętnego człowieka. Od początku wiadome jest, że kogoś tak nietypowego nie mogą spotkać przyziemne przygody. Wystarczy poczekać.

    No i faktycznie w losy Fila zostaje wplątana kobieta. Chociaż, jeżeli mam być szczera to właściwie Klotylda wplątuje go w swoje losy. Przedziwny żart, który szykuje ona bohaterowi rozpoczyna cały ten "romans przygodowy". Przy okazji zostaną wplątane w to jeszcze kolejne postaci, które - tak jak Filimario i Klotylda - mają zupełnie wyjątkowe charaktery.

    Ciekawe też są "autobiograficzne" wtrącenia autora. Napisałam to w cudzysłowie, ponieważ pierwsze co zrobiłam po zakończeniu lektury to przeszukałam internet w poszukiwaniu informacji o nim. Nie wydaje mi się, żeby opowieści o tym jak ze swoim wujem Filippo robił przekręty i szukał sposobu na ominięcie dziesięciu przykazań (no skoro w biblii nic nie jest napisane o porywaniu chilijskich generałów to można to robić) były prawdziwe. Są za to zabawne i ciekawe.

   Ciężko w książce Guareschiego szukać Wielkiej Literatury - to po prostu powieść "rozrywkowa". Mam też niemiłe wrażenie, że "Przeznaczenie ma na imię Klotylda" przechodzi powoli na stos książek zapomnianych. Nie mam zamiaru rzucać się za nią z okrzykiem "moja Ci ona" i chronić ją przed zniknięciem, ale od dzisiaj czytelnikom spragnionym historii lekkich, zabawnych i trochę fajniejszych niż zwykłe romasidło na pewno ją polecę, ponieważ zarówno kobieta jak i mężczyzna znajda w niej coś ciekawego i odprężającego.

 

przeznaczenie ma imię klotylda

Książka przeczytana w ramach wyzwań czytelniczych:

- DOOKOŁA ŚWIATA

- POD HASŁEM

W drodze...

wdm.dg
     (...)Przez całe życie snuję się za fascynującymi mnie ludźmi, bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są szaleńcy ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, szałem pożądania, pragnący wszystkiego naraz, ci, co nigdy nie ziewają, nie plotą głupstw, ale płoną, płoną, płoną, jak sztuczne ognie eksplodujące na tle gwiazd.”

     To właśnie ten cytat zachęcił mnie do sięgnięcia po książkę „W drodze” Jacka Kerouac’a.  Po dodaniu do tego informacji, że pozycja ta jest najsłynniejszą amerykańską powieścią XX wieku, nie pozostało nic innego jak tylko wygospodarować trochę czasu, aby zagłębić się w to szalone życie, które mieli więść główni bohaterowie, aby poznać pokolenie beatników.

    Jack Kerouac był postacią dość barwną. Pisał w czasach, kiedy nastąpił zwrot od materialistycznego podejścia do życia. Na pierwszy plan wysuwała się filozofia życia, zabawa, narkotyki, seks i podróże autostopem. Taka też jest jego powieść przez wielu uważana za kwintesencję „pokolenia ogarniętego szałem życia”.

    Książkę czyta się dosyć lekko, ponieważ Kerouac nie używa górnolotnego języka. Zresztą nawet też nie ma takiej potrzeby. Nie wolno się jednak dać zwieść pozornej prostocie tej lektury. Wiele fragmentów rozpala wyobraźnię i zmusza umysł do wniknięcia w sposób myślenia pojawiających się postaci.

     W zasadzie jest to powieść bez standardowej fabuły. Sal Paradise, czyli główny bohater będący alter ego samego Jacka Kerouaca, podróżuje autostopem od wschodniego do zachodniego wybrzeża ameryki i odwrotnie. Czasem w towarzystwie swojego przyjaciela Deana Moriarty’ego (jest on uosobieniem innego pisarza -  Neal’a Cassady’ego), czasem sam. Zatrzymuje się w różnych miejscach, pije na różnych imprezach i filozofuje o różnych rzeczach.

    Ta autobiograficzna powieść jest zapisem autentycznych wrażeń zmysłowych autora. Owszem, spodziewałam się dużo po tej książce. Spodziewałam się odkryć tajemnice życia w drodze. Ale im dłużej czytałam tym mniej rozumiałam to pokolenie… Kilku zagubionych ludzi szukających swego miejsca w życiu. Przyjaźń i miłość, czasem brak jednej i drugiej.

      Same relacje pomiędzy Salem a Deanem są jednym z ciekawszych aspektów tej historii. Przyjaciele. Dean płaczący, gdy Sal nie jest w stanie opanować swojej frustracji i wylewa żale na przyjaciela i ten sam Dean zostawiający tego samego chorego przyjaciela w Meksyku. Jednak towarzyszymy im w drodze cały czas, zastanawiając się jak się ta historia skończy?

      Być może nie chwyciła mnie ta opowieść za serce, ale gdy zbliżałam się do końca i zostawało coraz mnie kart do przeczytania, pojawiała się tęsknota, bo koniec przygody się zbliżał. Dopiero po skończonej lekturze uświadomiłam sobie, że byłam w nimi w drodze cały czas, że nawet nie zauważyłam kiedy zżyłam się z bohaterami. I to jest magia tej książki. Magia Kerouaca. Czytając czujesz zapach wypalanych papierosów, słyszysz dźwięk tłuczonych butelek po alkoholu, słyszysz śmiech i jazz. Ten wszechobecny jazz. A pomiędzy tym wszystkim gdzieś jest droga. Bo „droga to życie” a życie to droga….

w drodze kerouac

 

Recenzja czytelnika biorąca udział w listopadowej edycji konkursu.

Przyznano wyróżnienie.

Zamurz się we wspomnienia

wdm.dg

    Właściwie nie pamiętam co sprawiło, że wypożyczyłam "100 czystych stron". Opis z tyłu był bardzo oszczędny i wydawał się... mdły.

"Opowieść o magicznym zeszycie zostawionym bohaterowi w spadku przez ukochanego dziadka"

      Zaczęłam jednak czytać i była to bardzo dobra decyzja. Historia mężczyzny, któremu zmarły dziadek zostawia zeszyt. Jego dwie siostry dostają fortuny, a on tylko ten pusty notatnik. Rozgoryczony i pełen żalu już ma wyrzucić "spadek" kiedy po raz kolejny kontaktuje się z nim notariusz. Przekazuje on bohaterowi list od dziadka, w którym staruszek wyjaśnia wnukowi swoją decyzję. Okazuje się, że zeszyt jest prawdziwym skarbem - gdy jego właściciel zapisze w nim jakieś wspomnienie to może przeżyć wybraną chwilę od nowa. Teraz musi zadecydować, które minione momenty są warte powtórnego ujrzenia. Czy jednak ciągłe patrzenie w przeszłość nie przysłoni teraźniejszości?

     Książka Cyrila Massarotto oczarowała mnie. "100 czystych stron" ma w sobie coś z "Alchemika" Paulo Coelho - słodka w swojej lekkiej naiwności, ale potrafi dotknąć duszy. Odmienia swojego czytelnika, chociaż na tę jedną magiczną chwilę kiedy pochłania go powieść. Nie spodziewałam się tak delikatnej, urzekającej powieści, która skłoni mnie do wielu przemyśleń. Kiedy czytałam ciągle się zastanawiałam - co ja zrobiłabym z takim darem? Jak bym z niego korzystała? Które wspomnienia bym wybrała? Kolejne kartki prowokowały kolejna pytania.

     Nie rozumiem jedynie okładki - w ogóle nie pasującej do treści. Kto to niby ma być? Julia, Clarissa? Zupełnie nie rozumiem wyboru wydawcy. No dobra - modelka jest piękna i ma naprawdę intrygującą urodę, ale w jaki sposób odnosi się do tego co jest w środku? Nie pasuje ani do treści ani do przesłania. Dlatego pod notatką dodaję okładkę wydania zagranicznego.

    Polecam książkę właściwie wszystkim - każdy z nas nosi sobie wspomnienia, do których wraca w chwilach smutku. Dorosły czytelnik odbędzie podróż sentymentalną, młodszy zrozumie jak ważne jest kolekcjonowanie pięknych chwil.

 

Czas zmar­no­wany nie is­tnieje we wspom­nieniach.

Stefan Kisielewski

100 czystych stron massarotto 100 czystych stron massarotto 2

Jak zepsuć książkę beznadziejnym tytułem

wdm.dg

     Kiedy w marcu pojawiła się książka Janet Evanovich "Jak upolować faceta" postanowiłam omijać tę powieść szerokim łukiem. Tytuł zapowiadał kolejne, zwykłe romansidło, a z okładki patrzyła na mnie aktorka kojarzona przeze mnie ze słabymi komediami romantycznymi. Cóż jednak znaczy postanowienie wobec siły kobiecej przyjaźni? - zmuszona zostałam do obejrzenia filmu na podstawie książki. Zaskoczenie! Film mi się podobał - był lekki, zabawny, z pomysłem. Postanowiłam jednak przeczytać książkę.

 

    Głowna bohaterka Stephanie Plum jest rozwiedziona i właśnie straciła pracę, a długi rosną. Co teraz? Poszukiwania pracy kończą się dosyć nieoczekiwanie - bohaterka zostaje łowcą nagród - sprowadza osoby, które wyszły z aresztu za kaucją i nie stawiły się na rozprawie. Jest to dosyć dziwny wybór dla kobiety, która nigdy nie ćwiczyła za dużo, nie potrafi się bić, a jeśli chodzi o broń to jej się po prostu boi. No, ale od czego wyobraźnia, inteligencja i szczęście? Stephanie zmotywowana ilością niezapłaconych rachunków zabiera się do pracy. Pierwsze zlecenie dostaje na faceta, z którym los już kiedyś ja połączył. Czy jednak Joe Morelli - policjant, który niespodziewanie zszedł na złą drogę da się łatwo złapać?

     Książka jest bardzo ciekawym przedstawicielem gatunku komedia kryminalna, która przez okropny tytuł wydaje się być kolejną powiastką romantyczną. Nic bardziej mylnego - czytelniczka (nie ma się co oszukiwać - powieść przeznaczona jest dla kobiet, a szkoda) dostaje sporą dawkę akcji, humoru i sympatycznych bohaterów. Chociaż zapuszczając się w coraz bardziej obskurne dzielnice Trenton okaże się, że nie wszyscy bohaterowie są mili, a niektórzy przyprawią nas o gęsią skórkę.

    Dlatego ostrzegam - nie dajcie się zwieść tytułowi, za który ktoś powinien odpokutować. W oryginalne i w pierwszym polskim wydaniu książka została wydana jako "Po pierwsze dla pieniędzy". Kolejne części "Po drugie dla kasy" i "Po trzecie dla zasady" (tu uwaga tytuł - "Dziewczyny nie płaczą") są również już w polskich księgarniach. W USA pojawiło się już ponoć 18 tomów.

    Polecam tę książkę każdej czytelniczce, kto ma ochotę odetchnąć od produkowanych masowo komedii romantycznych. W "Jak upolować faceta" znajdzie się paru seksownych panów, do których będzie można powzdychać i bohaterka, którą od razu można będzie polubić, a jednocześnie dostaniemy coś więcej niż mdłe historie miłosne.

    Panom też polecam - myślę, że na pewno nie znudzi was fabuła i nie zostaniecie zawaleni irytującą ilością miłosnych wyznań i romantycznych westchnień. Są strzelaniny i bandyci, jest śledztwo i dreszczyk emocji. No i wreszcie będzie można pogadać z partnerką o wspólnie przeczytanej książce, a nie wdawać się w koleją dyskusję -"po co Ty czytasz tego Sparksa, skoro tam się nie strzelają?!"

     

jak upolować faceta

Jak postepować?

wdm.dg

      Osoby, które oglądają "Jak poznałem waszą matkę" już słyszały o tym legendarnym spisie zasad, które mają mężczyznę (Brachola) nauczyć postępować. Do tej pory tajemnicze zasady można było poznać jedynie dokładnie słuchając mądrości Barneya Stinsona. Niedawno "Kodeks bracholi" został wydany w Polsce.

      Fani serialu na pewno się nie zawiodą - znajdą wiele rad znanych im z serialu oraz wiele nowych równie ciekawych.

     Mężczyźni uzyskają parę dobrych rad i wyjaśnienie kłopotliwych sytuacji między Bracholami.

     Kobiety poznają małe sekreciki facetów, no i znajdą książkę, którą mogą ze sobą nosić, bo zmieści się w torebce ;-)

 

    Czy tak dokładnie jest "Kodeks Bracholi"?

      Jest to zbiór zasad dla Bracholi, który został napisany z dużym humorem - niektóre wyjaśnienia czy wyjątki staną się dobrym lekarstwem na chandrę. Nie ma wielkich opisów, jest za to kilka wykresów. Taki kodeks postępowania - zabawny, zaskakujący, odstresujący.

Są zasady przydatne:

Jeżeli Brachol podbija do laski, jego Brachol zrobi wszystko (...), aby zapewnić mu pożądany rezultat.

Logiczne:

Brachol nigdy nie zrzekanie się dobrowolnie prawa do władzy nad pilotem.

Dziwne:

 Brachol zostawia podniesioną deskę klozetową.

Całkowicie niezrozumiałe:

 Kiedy Brachol przebywa ze swoimi Bracholami, absolutnie nie jest wegetarianinem.

A nawet takie, które świadczą o tym, że w Polsce nie ma wielu "Bracholi"

Brachol nigdy nie zakłada skarpet do sandałów.

 

Polecam - na pewno to coś innego. Pozostaje tylko czekać na "Księgę podrywu".

 

Bobina

kodeks bracholi

 

Recenzja czytelnika biorąca udział w czerwcowej edycji konkursu.
Przyznano wyróżnienie
.


kamienny pająk

wdm.dg

      Ostatnio nabrałam ochotę na książkę typu wampiry, magia itp. Trafiłam na książkę Jennifer Estep "Ukąszenie pająka". No cóż, nie mogę powiedzieć, że była to lektura, której oczekiwałam. Była o wiele lepsza.

      Gin, zwana Pająkiem, jest płatnym mordercą i to jednym z najlepszych. Po wykonaniu jednego zadania już dostaje kolejne - nagrodą jest ogromna suma pieniędzy. Niestety zlecenie okazuje się pułapką, a bohaterka doświadcza kolejnej ważnej straty w swoim życiu. Teraz chce się zemścić. I zrobi to, choćby miała w tym  celu dogadać się z wrogiem.

      Przede wszystkim, główna bohaterka Gin była dla mnie miłą odmianą po tych wszystkich zakochanych nastolatkach, rozszczebiotanych paniusiach czy szalonych kobietach. Twarda, nieustępliwa, silna i zdeterminowana babka, która daje sobie radę ze swoim naznaczonym tragedią życiem i niełatwą pracą. Nie ma też irytującej cechy analizowania wszystkiego przez kilka kartek i popełniania głupich, nierealnych błędów, które autorom zwykle służą, żeby popchnąć akcję w jakikolwiek sposób. Pająk myśli i działa, nie ma czasu na roztrząsanie spraw, bo wszystko dzieje się bardzo szybko. Kartki uciekają spod palców w szybkim tempie i nagle okazuje się, że książka się skończyła.

     Niesamowite jest też Ashland - miasto, w którym wszystko się dzieje. Mroczne, niebezpieczne miejsce, gdzie strach jest iść nocą. Mieszkają tutaj krasnoludy, wampiry, ale żyją nie wyróżniając się z tłumu i tak naprawdę ich obecność jest tylko przyjemnym dodatkiem, nie mającym wpływu na fabułę. Ważna jest tutaj magia, która sprawia, że "Ukąszenie" nie jest kolejnym zwykłym dreszczowcem o płatnym mordercy, a połączenie powieści sensacyjnej z fantasy wypada bardzo wiarygodnie.

    Książka ma jednak jeden poważny minus, którym może sprawić, że dla wielu czytelników książka nie będzie pożądaną lekturą - brak zaskoczeń. Fabuła jest raczej bardzo schematyczna, zagadki czytelnik rozwiązuje na kilka stron przed bohaterami. Czytało mi się książkę bardzo przyjemnie i lekko, ale w czasie lektury raczej czekałam na to jak dojdzie do kolejnego starcia, a nie czy będzie i jak się zakończy. Nawet ostatni akapit, który miał podnieść ciśnienie i skłonić czytającego do niecierpliwego czekania na kolejną część jest raczej typowy i nie będę ukrywać, że spodziewałam się tego od samego początku.

    Pomimo tego książkę polecam i z chęcią przeczytam kolejną część. Może autorce jednak uda się mnie zadziwić? Poza tym to idealna lektura na lato, lekka, ale z akcją, magią, nutką romansu (ale niedużo na szczęście) i paroma krwistymi scenami.

ukąszenie pająka

 

    

Jak rozkochać w sobie kobietę (będąc kobietą)

wdm.dg

    Od razu przepraszam wszystkich spragnionych pikantnych zwierzeń - to nie taki blog ;)

 

    Nigdy nie byłam osobą zakochaną w plakatowych idolach - nie całowałam zdjęcia ulubionego zespołu i nie mdlałam na myśl o fragmencie koszuli członka boysbandu. Nieśmiałość wobec sławnych ludzi odczuwam jeśli naprawdę kogoś podziwiam - wszelkie gwiazdki i celebryci odpadają. Za to moje spotkanie z Grzegorzem Turnauem lub Ewą Białołęcką - myślę, że obydwa powinny przejść do historii obciachu (no, może ich początek - po pierwszym szoku się przełamałam i nawet coś do nich powiedziałam). Oczywiście nie jest to poziom nastolatek zafascynowanych jakąś gwiazdą - zresztą nie wyobrażam sobie, że napadam na Joannę Chmielewską, kradnę jej koszulę i śpię z nią pod poduszką.

    Lista ludzi, przy których mnie zatyka jest bardzo krótka. Niedawno dołączyła do nich nowa postać. Może nie jest to jeszcze TAKI poziom zatkania, ale na pewno jest to osoba, która zrobiła na mnie duże wrażenie.

    Jak to zrobiła? Jak mnie w sobie rozkochała? No cóż nie było to łatwe - wspięła się na "Koronę Ziemi", przejechała pół świata (jeśli nie cały) i w swoich podróżach pokazała nam nie tylko "pocztówkowe" realia miejsc w których była. A potem opisała to w książkach.

     Martyna Wojciechowska, bo o niej oczywiście piszę, nie była dla mnie postacią numer jeden. Wiedziałam kto to jest, ale nie szukałam jej w telewizji, znajomi nawet parę razy rozmawiali przy mnie o jej występach, ale jakoś tak ogólnie.

     Niedawno, zmęczona czytaniem powieści, szukałam czegoś innego. I trafiłam na pierwszą część "Kobiety na krańcu świata" - książki, w której zebrane jest kilka życiorysów niezwykłych kobiet z całego świata.

Czytałam...  czytałam... czytałam...

     Nagle skończyła mi się książka! Poleciałam po drugą część...

Czytałam... czytałam... czytałam...

     Trudno mi opisać wszystkie emocje, które odczuwałam czytając historie kobiet, z którymi spotkała się Martyna.  Podziw.   Przerażenie.   Zdumienie.   Rozbawienie.   Fascynacja.   Zazdrość.   Wiele innych.   Ciężko jest nie odczuwać tego wszystkiego czytając te reportaże. Zupełnie inna kultura, sposób życia, codzienność, która dla europejek może być zupełnie niepojęta - wszystko to sprawia, że obie część "Kobiety na krańcu świata" czyta się z zapartym tchem. Wielkim plusem są przepiękne zdjęcia ilustrujące każdą opowieść.

    Książkę polecam wszystkim. Paniom, żeby mogły poczytać o niesamowitych przedstawicielkach swojej płci. Panom, żeby zobaczyli do czego jesteśmy zdolne i co potrafimy osiągnąć. Chociaż tak naprawdę, nie należy patrzeć na te książki pod kątem walki płci - to po prostu opowieści o fascynujących ludziach. Historie, które warto poznać.

kobieta na krańcu swiata wojciechowskakobieta na krańcu swiata 2 wojciechowska

Galopem przez historię

wdm.dg

     „ Diabeł Łańcucki” to fascynująca powieść ukazująca wszystkie barwy Rzeczypospolitej Szlacheckiej XVII w.

     Zatarg  między Dwernickimi a Stanisławem Stadnickim będący osią fabuły stanowi przyczynek do rzetelnego przedstawienia rzeczywistości  tamtych czasów i oceny działań najbardziej wpływowej warstwy społecznej tj. szlachty. Polska jawi się  jako kraj, gdzie możni  sami stanowią prawo,  ponieważ państwo nie ma instrumentów by je egzekwować (woźny doręczający pozew jest bity przez sługi Stadnickiego itd.).

      Akcja toczy się w piorunującym tempie i jest nieprzewidywalna - kiedy już nam się wydaje, że wiemy co będzie dalej jesteśmy zaskakiwani przez autora co pobudza naszą ciekawość.

     Jest to pozycja wielowymiarowa i myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie: osoby pasjonujące się historią dostrzegą w niej źródło wielu ciekawych informacji, zwłaszcza w przypisach umieszczonych na końcu książki. Dla tych, którzy nie podzielają tych zainteresowań lektura będzie sposobem na przyjemne spędzenie czasu. Wszystkich z pewnością urzeknie barwny i przystępny język jakim posługuje się na kartach „Diabła…” Jacek Komuda.

 

Piotr

diabeł łańcucki komuda

 

Recenzja czytelnika biorąca udział w majowej edycji konkursu.
Przyznano wyróżnienie
.


Na fali

wdm.dg

    „Galeony wojny” tom I  J. Komudy to świetny sposób na… wypłynięcie na szerokie wody i to dosłownie!  W książce przenosimy się do czasów kiedy byliśmy „spichlerzem Europy”, nieprzypadkowo więc głównym miejscem akcji (poza oczywiście Bałtykiem) jest Gdańsk, a zatem port, dzięki któremu Rzeczpospolita mogła czerpać niebagatelne zyski z uzyskanych nadwyżek żywności. Widzimy jak na dłoni jeden z akordów długotrwałej wojny Polski ze  Szwecją o panowanie nad Bałtykiem.

      Nie sposób wymienić wszystkie atuty tej książki, powiem więc tylko o najważniejszych. Słyszymy  brzęk białej broni, huk muszkietów a także (a może przede wszystkim) kanonadę dział okrętowych, taka różnorodność nie pozwala nam nawet na moment wpaść w monotonię. 

    Głównym bohaterem jest Holender Arendt Dickmann co sprawia, że możemy jego oczami spojrzeć na Polaków z innej perspektywy. Warto wreszcie zwrócić uwagę na fakt, iż książka stanowi rzadki przykład powieści o XVII- wiecznej Polsce,  gdzie polem działań są morskie akweny, a nie twierdze i starcia piechoty oraz jazdy.

 

Piotr

 

galeony wojny

Recenzja czytelnika biorąca udział w kwietniowej edycji konkursu.
Przyznano wyróżnienie
.



Trochę niesmacznie.

wdm.dg

    Jakiś czas temu rozpoczęłam poszukiwania nowego serialu. Te, które lubiłam oglądać zostały zakończone, albo stały się okropnie nudne i przedłużane na siłę (ktoś was powinien kopnąć scenarzyści "Jak poznałem waszą matkę"!). Poszukując trafiłam na nowy serial z Laurą Prepon (ruda aktorka z "Różowych lat 70-tych). "Are You There, Chelsea?" okazał się być tym czego szukałam - lekkim, zabawnym, trochę pikantnym sitcomem. Przeglądając jego stronę internetową okazało się, że jest on na podstawie książki. Tego nie mogłam sobie darować - po krótkiej wycieczce po bibliotekach książka znalazła się u mnie. Zabrałam się do czytania.

    "W pozycji horyzontalnej" bardzo mnie zawiodło. Bardzo, bardzo. Książka opisywana jako "bezpruderyjny, szokujący i nieprawdopodobnie zabawny (...) debiut powieściowy", okazała się być owszem bezpruderyjna, ale raczej niesmaczna i momentami chamska, czasem wywołująca półuśmiech po jakimś sarkastycznym stwierdzeniu. Fabuła książki przedstawia się mniej więcej tak: jeden rozdział - jeden facet - jeden stosunek (lub parę) - następny rozdział. 

    W serialu główna bohaterka jest postacią zwariowaną, złośliwą, wyzwoloną, pełną ciepła - taką, z którą chętnie by się zaprzyjaźniło. Dodatkowo towarzyszy jej grupa barwnych postaci, których nie da się nie polubić: sympatyczny barman, niewysoka kumpela, zapatrzona w siebie kelnerka (moja ulubienica:) ), stuknięty ojciec, rozhisteryzowana siostra (tu ciekawostka - w jej rolę wciela się autorka książek). Chelsea z książki to egoistyczny stwór, zapatrzony w siebie, o przyjaciołach i rodzinie tylko coś czasem napomknie, a cały dowcip książki opiera się głównie na obrażaniu innych i opisywaniu męskich narządów płciowych. Po przeczytaniu miałam tak naprawdę tylko jedną myśl - jakie to szczęście, że najpierw obejrzałam serial - po lekturze książki na pewno nie byłabym taka chętna do oglądania.

     Przykro mi, ale książki nie polecam. Znalazłam gdzieś na internecie opinię, że lepiej jest czytać w oryginale i to kolejne części. Może faktycznie to był mój błąd, ale i tak raczej po kolejne książki Chelsea Handler już nie sięgnę.

   Polecam serial, zwłaszcza kobietom :)

   w pozycji horyzontalnej

   

Archipelag Gułag

wdm.dg

      Ostatnią przeczytaną przeze mnie książką był fascynujący, lecz drastyczny obraz świata kłamliwych i spaczonych przez system komunistyczny,  niektórych komórek państwa ZSRR. Książka ta nosi tytuł "Archipelag Gułag" Aleksandra Sołżenicyna. Wybrałem ten tytuł, ponieważ bardzo interesuje mnie ta część historii świata, w której sąsiad sprzedaje sąsiada, a żaden nawet niewinny obywatel nie może spać spokojnie, ponieważ milicja w każdej chwili może zapukać do drzwi z nakazem aresztowania - nigdy nie tłumacząc za co i pod jakim zarzutem.

      Książka opowiada o losie właśnie Aleksandra Sołżenicyna niewinnie skazanego za nie wiadomo co i umieszczonego w sowieckim obozie pracy, zwanym dźwięcznie GUŁAGIEM. Autor opisuje działanie milicji od aresztowania poprzez przesłuchanie do zesłania wreszcie na Sybir, gdzie każdy dzień jest walką o życie w nieludzkich warunkach. Opisuje po prostu swój los oraz losy innych więźniów...

      Podobało mi się jak autor realistycznie opisywał obozowe życie i jak ukazał głupkowaty system komunistyczny zwalczający swoich obywateli i chcący wszystko wiedzieć. Mydlący oczy politycy okradają  swoich współrodaków, a co jest absurdem robią to prawnie i legalnie bo sami ustawili prawo.

       W książce podobało mi się wszystko - jedyne co mogę zarzucić tej książce to trudny język. Niekiedy musiałem powtarzać rozdziały, ponieważ autor pisze dość twardym językiem. Na tle innych książek wypada w zasadzie ok, lecz trudniej się ją czyta porównywalnie np z "Ucieczką z Auschwitz" Andrieja Pogożewa. Tą czyta się jednym tchem a "Archipelag Gułag" już nie.

     Książkę poleciłbym naszym politykom ale i tak to bez sensu ponieważ nie zrozumieliby przesłania nawet kiedy TO by na nich zawarczało a co gorsza ugryzło w tyłek;)

 

 Damian

archipelag gułag

Recenzja czytelnika biorąca udział w styczniowej edycji konkursu. Przyznano wyróżnienie.

Wojna i pies

wdm.dg

     Za sprawą psa Marleya świat książkowy popadł w nowe szaleństwo - powieści, których głównym bohaterem jest zwierzę. Po tym jak zwariowany labrador retriever wkradł się w czytelnicze serca można było oczekiwać, że kolejne historie ukochanych zwierząt znajdą się na półkach księgarni i bibliotek. No i fajnie - w 100% popieram ten trend.

     Wśród wszystkich tytułów, które można wyszukać, na specjalną uwagę zasługuje pozycja "Misja SZCZENIAK. Pozdrowienia z Bagdadu".

      Przede wszystkim nie jest to kolejna kopia "Marley i ja", gdzie stuknięty pies niszczy dom i trochę życia towarzyskiego, a właściciel i tak go kocha (chociaż te też lubię - od razu mój własny psiak wydaje się grzeczniejszy :)). Jest to raczej opis miłości do zwierzęcia i pokazanie do czego przez tą miłość człowiek jest zdolny. Autorem książki, a jednocześnie jej narratorem i głównym bohaterem jest podpułkownik Jay Kopelman, który pełni służbę w Armii Stanów Zjednoczonych na misji w Iraku. W Faludży, w opustoszałym budynku jego oddział znajduje szczeniaka. Okrutny regulamin mówi jednoznacznie - psa należy zabić. Ale właśnie w tym momencie w sercach twardych, nieugiętych żołnierzy coś pika. Zwierzę błyskawicznie zyskuje sobie sympatię marines, a podpułkownik bierze na siebie opiekę na ruchliwym zwierzątkiem. W czasie wojny, w dniach wypełnionych strachem, Lava staje się dla wszystkich odskocznią, psim psychologiem, który rozładowuje stres i daje poczucie normalności. Niestety, rozkaz operacyjny A-1 nadal wisi nad głową beztroskiego psiaka, a żołnierze zaczarowani przez stworzonko nie potrafią pogodzić się z myślą o likwidacji szczeniaka. Postanawiają uratować go za wszelką cenę.

    W połowie książki Lava i Kopelman przestają być głównymi bohaterami książki. Na pierwszy plan wysuwają się wszelkie działania jakie trzeba podjąć, aby wywieźć psa z Iraku. Czytając te wszystkie opisy można być naprawdę zaskoczonym jak wiele trzeba, by uratować to jedne małe istnienie. Dokumenty, szczepienia, szukanie ludzi, którzy mogliby i chcą pomóc, koordynacja przyjazdów, przelotów, akcji oraz łapówki - wszystko to i jeszcze więcej trzeba zrobić dla przyjaciela.

      Myślę, ze powieść spodoba się wszystkim, nawet Panom, którzy do tej pory kojarzyli "zwierzęce powieści" raczej z literaturą dla kobiet (co oczywiście często jest nieprawdziwe, nawet Dean Koontz, autor horrorów, napisał autobiograficzną powieść o sobie i swoim psie).

misja szczeniak

   

© Po co sięgnąć, co przeczytać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci