Menu

Po co sięgnąć, co przeczytać

Kiedy masz jakieś wątpliwości, idź do biblioteki - Ron Weasley

Dla młodzieży

Najbardziej niesympatyczny bohater na świecie!

wdm.dg

      Jeśli jest się fanem Harrego Pottera i szuka podobnych książek na pewno prędzej czy później trafi się na Matta Hidalfa. Ja też trafiłam. I postanowiłam przeczytać pierwszą część.

      No i?

      Nie znoszę Matta Hidalfa! Nigdy jeszcze nie czytałam książki, której główny bohater tak bardzo mnie odrzucał. Rozpieszczony, wredny potwór przekonany o własnej wyjątkowości. Może i jest super-inteligenty, ale to sprawiło, że pycha i buta, aż wylewa się z całej tej egoistycznej postaci. I pomimo tego, że - paradoksalnie - książkę czytało mi się dobrze i szybko to już wiem, że po kolejne części na pewno nie sięgnę. Chyba, że mały cham dostanie porządną nauczkę.

Poza tym zgadzam się z tym co ktoś napisał wcześniej - treść to "fabularny bigos" i cały czas mam wrażenie, że powinna być jakaś wcześniejsza książka. Dużo wątków, poplątanych ze sobą, a brak jest rozwinięcia informacji, o których powinno się więcej napisać, np. czego dokładnie uczą w tej szkole?

No i Hidalf - postać tak daleka od sympatycznych, książkowych psotników, że naprawdę dziwię się, że ktoś chce mu pomóc. Chłopak się tak wywyższa i widać, że czuje się lepszy od innych... A oni go podziwiają i pomagają mu. Dostał zadanie do wykonania z dwoma innymi uczniami, a on ma to gdzieś, bo ma swój własny, egoistyczny cel. Reakcja tamtych? To przecież Matt, wybaczmy mu...

        Nie, nie, nie - porównywanie Hidalfa do Pottera to wstrętna zagrywka marketingowa. "Matt Hidalf i błyskawica widmo" to dla mnie wydrukowany fanfik, w którym zmieniono tyle fabuły, żeby nie było plagiatu, ale zabito ducha oryginału i podarowano nam ten koszmarek. Im dłużej o tym piszę tym bardziej mi się nie podoba. Kończę więc i na zawsze zapominam o tym "dziele".

     Polecam jednak nie przejmować się w tym wypadku moją opinią. Większość czytelników jest raczej zadowolona z lektury, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać przed wyrażeniem swojego zdania.

matt

Moja ocena: 3/10

Tytuł: Matt Hidalf i błyskawica widmo

Autor: Christophe Mauri

Wydawnictwo: Znak

Dla kogo: Nastoletni fani powieści fantastyczno-przygodowych, no i niech będzie, że fani Harrego

I kolejny raz antyutopia

wdm.dg

      "Misja Ivy" zapowiadała się ciekawie. Co prawda miałam świadomość, że to kolejna pozycja "young adults" wydana na fali popularności "Igrzysk śmierci", ale opis i okładka jakoś mnie zaintrygowały. Niestety po raz kolejny dałam się zwieść czarowi reklamy i marketingu...

      Jak zawsze mamy zniszczone Stany Zjednoczone (tym razem po wojnie nuklearnej) i ludzi, którzy przetrwali. Jak zawsze dochodzi do walki do władzę, ktoś ją wygrywa i wpada na "genialny" pomysł utrzymania władzy i kontroli. Co roku zmusza się córki strony przegranej do poślubienia chłopaków ze strony wygranej.

     A oto i nasza główna bohaterka - Ivy. Ivy ma poślubić syna prezydenta i go zabić. Nie jest do tego przygotowana, bo miała go poślubić jej siostra, ale coś się poprzestawiało i teraz to jej zadanie.

     A oto i Bishop - syn prezydenta. Bishop jest postacią niezwykłą - jest tak idealny, przystojny, cukierkowy, czuły i w ogóle złozony z samych zarąbistości, że pokonał nawet Cztery z "Niezgodnej". Serio, ze wszystkich "idealnych ukochanych" ten jest najgorszy. Autorka NAPRAWDĘ przesadziła.

     Do ślubu dochodzi, Ivy ma wątpliwości, Bishop ją kocha i jest super zarąbisty. Do czego to doprowadzi?

     No cóż, ja się nie dowiem, bo absolutnie nie mam zamiaru czytać kolejnych części. "Misja Ivy" to sama przewidywalność i powtórki z tego co już było. Oryginalność - zero. No i nikogo nie obchodzi, że większość tych wydanych za mąż dziewczyn musi się "oddać" nowemu mężowi, że są poniżane i nieszanowane. Ważne, że Bishop taki nie jest, a Ivy ma słodko i pięknie.

     Jedynym plusem jest to, że właściwie nie wiadomo kto jest głównym czarnym charakterem i manipulatorem. Ale i to już było, choćby w "Kosogłosie" gdzie Katnis nie zabija Snowa tylko Coin.

misjaivy

Moja ocena: 2/10

Tytuł: Misja Ivy

Autor: Amy Engel

Wydawnictwo: Akapit Press

Dla kogo: Wyłącznie pasjonaci dystopii i antyutopii

 

Za słodki Wiatr

wdm.dg

     Na tę książkę naprawdę miałam ochotę - wydawała mi się jakby napisana dla mnie - ten wiatr, rowery, tajemnicze przesyłki... I chociaż wydana została w 2012 dotarłam do niej dopiero niedawno. Wreszcie ją przeczytałam... ale wydaje mi się, że przeczytałam ją o jakieś 15 lat za późno.

     "Wiatr. Wiadomość do mnie" opowiada o Grecie - lekko zbuntowanej nastolatce, która odkrywa, że przystojny Anselmo skrywa jakąś dziwną tajemnicę. Mijają się na rowerach na ulicach Rzymu, ale coraz częściej maja nadzieję na kolejne spotkanie.

      Może najpierw się wytłumaczę - jestem o co najmniej 15 lat za stara do tej książki. Bardzo wyraźnie widać, że książka skierowana jest do młodszych nastolatek i po prostu bohaterowie są dla mnie sztuczni, plastikowi i przerysowani. Całość słodka do, za przeproszeniem, porzygu. Nawet ta "magiczna tajemnica" jest bardziej elementem kolejnych słodkości i dodaje kolejną warstwę lukru do kilku poprzednich. Grupa łobuzów, która pojawia się w książce jest tylko ziarenkiem goryczy w słoiku miodu.

      Podkreślę jednak, że jest to tylko moje zdanie - od bibliotekarki wiem, że inne czytelniczki są raczej zadowolone z lektury.

      Za to bardzo podobał mi się styl pisania Miriam Dubini. W filmie "Pod słońcem Toskanii" jedna z bohaterek mówi, że dla Włochów flirtowanie to sport narodowy. Taki jest też sposób pisania włoskiej autorki - bardzo kwiecisty, wręcz flirtujący z czytelnikiem.

     Po kolejne części nie sięgnę - za dorosła jestem po prostu.

 

wiatr dubini

Moja ocena: 5/10

Autor: Miriam Dubini

Tytuł: Wiatr. Wiadomość do mnie

Wydawnictwo: Dreams

Dla kogo: dziewczyny, 11-16 lat

 

Ludzie walczą o przetrwanie

wdm.dg

    Podczas podróży po blogach książkowych natknęłam się na bardzo entuzjastyczną recenzję książki "Ocaleni. Życie, które znaliśmy". Zachwyt, który bił z każdego słowa sprawił, że nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie tej powieści.

    W kierunku Ziemi zbliża się asteroida. Nie dotrze ona do naszej planety - rozbije się o księżyc, a zdarzenie to będzie można zobaczyć gołym okiem. Niestety, okazuje się, że ten kosmiczny spektakl będzie nie tylko niezwykłym widowiskiem, ale początkiem wielkiej katastrofy. Fale tsunami, wybuchy wulkanów, zmiany temperatur to tylko zaczątki nieszczęść, które zmuszą ludzkość do walki o przetrwanie.

     Początek książki nie nastraja jednak zbyt optymistycznie. Historię poznajemy dzięki Mirandzie - nastolatce, która wszystko opisuje w swoim pamiętniku. Główna bohaterka jest zwyczajną nastolatką. Chodzi do szkoły, spotyka się ze znajomymi - owszem słyszała o asteroidzie, ale to nic takiego - popatrzy i tyle. Tymczasem uderzenie wybija księżyc z orbity, rozpoczyna się plaga kataklizmów i od tego momentu czytelnik zaczyna czytać na jednym wdechu.

     Co mnie najbardziej zaskoczyło w książce Susan Beth Pfeffer? Fakt, że książka nie jest nuda. Po mało interesującym początku, następuje Wielka Katastrofa i walka o przetrwanie. Tylko, że nie jest to walka w dosłownym tego znaczeniu (może poza scenami w supermarketach). Historia zaczyna ograniczać się do tego, że Miranda wraz z rodziną zamyka się w domu i próbuje normalnie funkcjonować. Chowa swoje zapasy, ogranicza kolejne posiłki (byle jedzenia starczyło na dłużej), próbuje, w miarę możliwości, wychodzić z domu. Każdy dzień to nowa walka, nowe problemy, oczekiwanie na wiadomości o innych miastach i ludziach oraz powoli umierająca nadzieja. To wszystko w tej książce jest i, naprawdę, zupełnie niespodziewane dla mnie było to, że opowieść o rodzinie zamkniętej w domu może być tak wciągająca.

     Wielkim plusem są bohaterowie i ich zachowania. Ciężko postawić się w ich sytuacji i wyobrazić sobie co my byśmy zrobili na ich miejscu, ale ich zachowania wydają się być tak naturalne, jakby się czytało książkę opartą na faktach. Nie ma kryształowo wspaniałych postaci, Miranda i jej rodzina mają wady, zalety, popełniają błędy i próbują je naprawić.

     Warto też zwrócić uwagę na wielka wagę "małych przyjemności". Duża część walki o przetrwanie sprowadza się do wątku jedzenia. Kiedy dostęp do jedzenia jest ograniczony zjedzenie czegoś słodkiego to wydarzenie porównywane do świąt. Zresztą właśnie ten fragment książki wywarł na mnie największe wrażenie. Pośród tego całego nieszczęścia obchodzenie świat Bożego Narodzenia jest prawdziwą abstrakcją. I nagle, okazuje się, że ktoś zakamuflował ostatnie pudełko czekoladek. I te małe słodkości okazują się najwspanialszą świąteczną ucztą jaką mieli nasi bohaterowie. Po przeczytaniu czegoś takiego człowiek naprawdę zaczyna doceniać to co ma.

     Kolejne zaskoczenie to brak jakichkolwiek "fantastycznych" tematów. Nie przylatuje UFO, nikt nie zostaje napromieniowany, nie ma superbohaterów miotających ogniem. Pomysł autorki na książkę jest jednocześnie schematyczny i świeży - nawet jeżeli te dwa określenia wzajemnie się wykluczają.

    Z niecierpliwością czekam na kolejną część, a książkę zdecydowanie polecam - nie tylko młodzieży, ale również dorosłym.

 

ocaleni życie które znaliśmy pfeffer

Książka przeczytana w ramach wyzwań czytelniczych:

- POD HASŁEM



Zakazana, nudna miłość

wdm.dg

       Po przeczytaniu "Igrzysk śmierci" oraz "Niezgodnej" nabrałam ochoty na przeczytanie kolejnej antyutopii. Zachęcona wieloma pochlebnymi opiniami wybrałam "Delirium" Lauren Oliver.

       Książka opowiada o świecie, w którym miłość została uznana za chorobę. Każdy obywatel w okolicach swoich osiemnastych urodzin zostaje poddany zabiegowi, po którym nigdy więcej nie będzie mógł się zakochać. Główna bohaterka, Lena nie może doczekać się swojego zabiegu. Po tych wszystkich opowieściach o tym jak niebezpieczny dla człowieka jest stan zakochania z niecierpliwością wyczekuje momentu kiedy będzie bezpieczna. Pewnego dnia spotyka Aleksa i jej sposób patrzenia na "chorobę" zmienia się.

      W komentarzach dotyczących książki spotkałam się z wieloma pochlebnymi słowami: "rewelacyjna", "niezwykła", "śliczna" itp. Właśnie dlatego czuję się taka rozczarowana - nie wiedziałam, że miłość może być taka nudna! W większości powieść opiera się na przemyśleniach Leny - o tym, że boi się miłości, co w sumie myśli o miłości, analizowaniu swoich uczuć do Aleksa i wyliczaniu zalet Aleksa.

      Może to dlatego, że bycie nastolatką dawno mam już za sobą, ale "Delirium" w ogóle mnie nie porwało. Owszem miło było przypomnieć sobie swoje pierwsze zakochanie, początkowo poczytać o tym jak rodzi się uczucie., ale co za dużo to niezdrowo. W porównaniu do innych "antyutopijnych" książek, ta wypada bardzo słabo. Nie wykorzystany pomysł, bardzo mało akcji, a jak się coś zaczynało już dziać to zastało to niepotrzebnie rozwleczone. Niektóre sytuacje były tak sztuczne (nawet jak na fantastykę), że miałam ochotę prychać.

       Nie, zdecydowanie nie jest to "książka mojego życia". Rozumiem jednak, że może się podobąć (kto wie - może to ja miałam akurat jakiś dziwny nastrój), dlatego myślę, że spokojnie mogę ją polecić nastoletnim czytelnikom.

delirium lauren oliver

 

Akademia mitu

wdm.dg

      Nowa książka lubianego autora zawsze ląduje na liście "do przeczytania". Kiedy w księgarniach pojawiła się druga powieść Jennifer Estep, która napisała świetne "Ukąszenie pająka" wiedziałam, że prędzej czy później trafi w moje ręce. Nie przeszkadzało mi, że tym razem jest to powieść dla młodzieży. Zresztą jak widać po moich ostatnich recenzjach czytam teraz dużo młodzieżówek. No cóż - dużo nowości w bibliotece.

     "Dotyk Gwen Frost" początkowo skojarzył mi się z moimi ukochanym X-menami, a Akademia Mitu ze szkołą Profesora Xaviera. Nie bardzo się myliłam, nawet jeden z bohaterów stwierdza, że ich szkoła "jest jakby wyrwana z komiksu". Szkolni koledzy Gwen nie są jednak X-menami, a ich umiejętności nie są efektem mutacji. Bohaterowie są potomkami legendarnych wojowników - Spartan, Walkirii, Amazonek i ich moce są zależne od przodków - siła, spryt, zręczność, tworzenie iluzji czy, jak w przypadku głównej bohaterki, magia dotyku. W akademii uczą się jak panować nad swoimi talentami i jak ich używać, ponieważ w każdej chwili może zostać uwolniony okrutny bóg oszustwa Loki. A wszystko wskazuje na to, że ktoś próbuje mu w tym pomóc - jedna z uczennic zostaje zamordowana, a ważny artefakt skradziony.

     Pierwsza część serii "Akademia mitu" jest po prostu fajnym czytadłem. Typowa fabuła o magicznej szkole z główną bohaterką, która ma ogromną moc, duży potencjał, jest inteligenta, ciekawska i dociekliwa. Można polubić Gwen i kibicować jej działaniom. Czytanie o jej przygodach sprawiło mi dużo frajdy, powieść napisana jest lekko i po raz kolejny autorka oszczędziła mi męki czytania nieskończonych "ochów" i "achów", nudnych przemyśleń na głupie tematy i durnych pomyłek bohaterów wprowadzanych przez autora, żeby coś się zadziało (mistrzynią w tym jest m.in. Meg Cabot). Panna Frost działa intuicyjnie, szybko i dzięki temu nie ma się wrażenia, że akcja książki popychana jest przez autora na siłę.

    Niestety, pomimo całej mojej sympatii dla tej powieści, cały klimat psuje jej przewidywalność. Łatwo się domyślić jak potoczy się akcja, szybko też domyśliłam się kto był mordercą uczennicy. Nie niszczy to na szczęście przyjemności z czytania tej książki i dlatego spokojnie mogę ją polecić każdemu kto lubi tego typu literaturę.

dotyk gwen frost estep

Takie jak inne

wdm.dg

    Minęło już prawie dwa lata odkąd z ciekawości sięgnęłam po książkę Joanny Philbin "Córki". Obecnie są już dwie kolejne części - "Córki łamią zasady" oraz "Córki wkraczają na scenę". Początkowo bałam, że autorka skupi się na fabule, która będzie rozbudowaniem artykułów z kolorowych gazet typu "córka modelki też chce być modelką" i skupi się na "plotkowym" życiu dziewczyn z dodatkiem nieśmiertelnych pierwszych miłości. Na szczęście oszczędzono mi tego.

    W każdej części główną bohaterką jest jedna z trzech przyjaciółek - Lizzie, córka supermodelki, Carina, której ojciec jest bogatym potentatem medialnym, oraz Hudson, której mama jest sławną piosenkarką pop. Każda z nich odczuwa swoje pochodzenie, cień sławnego rodzica czai się za każdym razem kiedy któraś z bohaterek podejmuje działanie. To staje się fundamentem wspaniałej przyjaźni, w której dziewczyny rozumieją się i wspierają.

      W pierwszej części poznajemy świat Lizzie, która czuje się przytłoczona faktem dorastania w towarzystwie jednej z najpiękniejszych kobiet świata. Nie może uniknąć porównań, chociaż sama odstaje od typowego modelu piękna. Jednak jej interesująca uroda zostaje zauważona przez młodą fotografkę i świat mody nagle zaczyna interesować się dziewczyną. Jednak czy świat jej matki będzie pasował Lizzie? Może powinna poszukać nowego, swojego świata?

    W następnej części Carina, po tym jak upublicznia informację na temat firmy swojego ojca zostaje odcięta od jego pieniędzy. Koniec zakupów i wyjazdów - musi nauczyć się żyć z małą tygodniówką. Jednocześnie zgadza się być jednym z organizatorów Balu Zimowego, gdzie wyraźnie oczekuje się od niej korzystania ze znajomości i kont jej ojca. Nie chcąc mówić prawdy o swojej sytuacji nastolatka zaczyna szukać innych rozwiązań.

   W kolejnej odsłonie przygód "Córek" poznajemy Holly - gwiazdę muzyki pop, która próbuje ze swojej pociechy robić swoją młodszą kopię. Nie zauważa, że Hudson pod wpływem jej nacisków zaczyna czuć się coraz bardziej przytłoczona, bo nie pasuje jej ani styl muzyki, ani ogromna popularność matki. Nastolatka nie ma jednak odwagi, by powiedzieć prawdę...

   Seria "Córki" urzekła mnie przede wszystkim wspaniałym połączeniem lekkiej i przyjemnej powieści dla nastolatek z wartościową treścią. Z jednej strony mamy romansik (zwłaszcza w częściach 1 i 2) z drugiej prawdziwe problemy, z którymi muszą zmierzyć się dorastające dziewczyny. Kiedy przeglądałam wpisy na temat tych książek, młode blogerki często pisały, że nie utożsamiają się z Lizzie, Cariną i Hudson, bo bohaterki są sławne, a one nie. Może to prawda, ale czy wśród nich nie ma takich, które chlapnęły coś głupio, uniosły się ambicją i pomimo braku wiedzy i możliwości obiecały, że coś zrobią? Żadna z nich nie ma nadopiekuńczej matki, która doprowadza ją do szału? Nie ma nikogo kto miałby kompleksy i ciągle porównuje się z kimś innym? Przykładów problemów, z którymi każda dziewczyna może się spotkać, a które zostały poruszone w tej serii jest wiele i wynikają z tego, że dziewczyny są młode, a nie sławne. I co najważniejsze problemy nie rozwiązują się Córkom same - do ich rozwiązań bohaterki muszą dojrzeć, poszukać pomocy, albo zmierzyć się z nimi.

     Książki Joanny Philbin są naprawdę warte przeczytania. Polecam je nie tylko nastoletnim czytelniczkom, ale też rodzicom - może znajdą sposób na lepsze zrozumienie swoich dorastających córek.

córki 1 philbin córki łamią zasady 2 philbin córki wkraczają na scenę 3 philbin

Całkiem niezła kopia

wdm.dg

      Sukces "Igrzysk śmierci" sprawił, że na półkach księgarń pojawiło się mnóstwo książek promowanych jako ich następca. Nie znoszę tego, ale rozumiem prawa rynku. Zresztą sama się na to nabieram - po przeczytaniu trylogii o Katniss miałam ochotę na kolejną antyutopię. Z poszukiwaniem nie miałam problemu - wydawcy już się o to postarali. Wybrałam "Niezgodną" - zachęciła mnie opisem i ogniem na okładce :)

    Od razu odczuwa się pewne podobieństwa do "Igrzysk". Akcja dzieje się w przyszłości, na zgliszczach wielkiego miasta (w tym wypadku Chicago), a obywatele zostali podzieleni. Tylko nie na dystrykty, a na frakcje - zależne od głównej cechy człowieka. Takich podobieństw można podać jeszcze kilka. Nie powinno się jednak patrzeć na tę książkę przez pryzmat inspiracji autorki. Poza ogólnym zarysem miała swoje własne spojrzenie na świat przyszłości.


     Grup jest pięć: Altruizm, Erudycja, Prawość, Nieustraszoność oraz Serdeczność.  Do szesnastego roku życia mieszka się w tej, w której się urodziło i stosuje do jej zasad. Potem każdy musi przystąpić do testu, który wskaże do jakiej frakcji powinno się należeć. Beatrice z Altruizmu przystępuje do sprawdzianu, ale jej wynik klasyfikuje ją do różnych grup. Niezgodność jest bardzo niebezpieczna i karana śmiercią. Na szczęście jej egzaminatorka nie wydaje jej. Teraz Beatrice sama musi zdecydować gdzie chce należeć. Decyduje się przystąpić do Nieustraszonych - tam jako Tris czeka ją okrutne szkolenie. A jeśli nie chce zostać uznaną za bezfrakcyjną musi przejść ciężki trening i zmierzyć się ze swymi lękami.

    "Niezgodna" jest naprawdę ciekawą książką. Na początku ciągle miałam mieszane uczucia - przez to podobieństwo i trochę niezrozumiały początek. Na szczęście Veronica Roth potrafiła mnie przekonać, że też ma coś do powiedzenia, że nie jest tylko kopią Suzanne Colins. Stworzyła własny świat pełen pozornej harmonii, do którego zbliża się niebezpieczeństwo. Podział na frakcje nie jest tak idealny jak chcieliby tego ich stwórcy. Tris, której życie wypełnione jest teraz niepokojem i ciągłą walką, zaczyna zdawać sobie z tego sprawę, ale czy ma szansę powstrzymać nadciągający chaos nie zdradzając przy tym swoich tajemnic?

    Autorka ma talent do stwarzania ciekawych postaci - Tris jest fajna, inteligentna, ale nie kryształowa. Odczuwa się też, że w pewien sposób odstaje od grupy, ale jest to efekt jest niezgodności. Interesująca jest także Christina, która jak podejrzewam będzie miała znaczącą rolę w kolejnych częściach - będzie to następstwo pewnego czynu Beatrice. Wśród intrygujących bohaterów warto też wymienić okrutnego Petera, niepewnego Ala czy wrednego Erica. Jedynie Cztery - taki wspaniały, niepokonany i skromny jest moim zdaniem postacią przerysowaną - typowym księciem z bajki i jakby niepasującym do świata Nieustraszonych.

    Kolejne części na pewno chętnie przeczytam, a "Niezgodną" polecam tym, którzy z chęcią przeczytali "Igrzyska śmierci" i mają ochotę na podobną przygodę.

niezgodna roth

15 lat temu czy za 15 lat?

wdm.dg

     Czy gdybyś mogła dowiedzieć się jak będzie wyglądało Twoje życie za 15 lat - chciałabyś? A co jeżeli Ci się nie spodoba? Gdybyś odkryła, że manipulując teraźniejszością wpływasz na przyszłość - odważyłabyś się działać? A jeśli przyszłość zmieni się na jeszcze gorszą - co wtedy? Autorzy książki "Ty, ja  i fejs" - Jay Asher i Carolyn Mackler - też zadali sobie te pytania.

     Jest 1996 rok. Nastoletnia Emma nareszcie ma połączenie z internetem. Przypadkowo trafia na baner Facebooka (który w 1996 jeszcze nie istniał), klika w niego i nie wiedząc jak to się stało, wchodzi na swoje konto. Konto na Facebooku, które będzie prowadziła 15 lat później. Widzi swoje zdjęcia, swoje wpisy, dowiaduje się kim będzie jej przyszły mąż i co się stanie z jej obecnymi znajomymi. Początkowo bierze to za żart przyjaciela, ale okazuje się, że Josh nie ma z tym nic wspólnego - naprawdę mogą zajrzeć w swoją przyszłość. To co widzą jest dziwne i zaskakujące. Ale Emma nie jest zadowolona ze swojego przyszłego życia - zaczyna eksperymentować, ale czy można bezkarnie zmieniać swoje przeznaczenie?

     "Ty, ja i fejs" nie jest szczególnie emocjonalną książką. Czytelnik nie wzruszy się, ani nie będzie wściekał, nie zostanie też zaskoczony. Siłą napędową całej opowieści jest ciekawość - jak to się potoczy, co będzie dalej, co się stanie, co wymyślili autor. Sprawia to, że bardzo trudno jest przerwać czytanie i odłożyć książkę. Całość napisana przystępnym językiem skupia się nie tylko na podróżach w czasie. Poruszane są też tematy uniwersalne dla wszystkich nastolatków - pierwsze miłości, zerwania, odrzucenia, kontakty z nadopiekuńczymi rodzicami, a to wszystko w sposób mądry i nie obrzydliwie słodki.

    Dużym  plusem powieści jest poruszanie tematów, o których współczesny czytelnik wie, a są zagadką dla bohaterów ("Ciekawe czy będzie kiedyś czarnoskóry prezydent") lub ich rozmowy na temat samego Facebooka:

"- Może powinniśmy używać jakiejś tajnej nazwy, żeby nikt nie wiedział o czym mówimy?

- Mówmy normalnie - fejs. Przecież i tak nikt nie wie co to jest"  :)

 

    Można się przyczepić  o brak szczegółów technicznych - czytelnik nie wie, dlaczego Emmie pojawił się Facebook, a bohaterka nie próbuje się tego dowiedzieć. Nie wydaje mi się jednak, żeby to był duży błąd - w końcu ma być to książka obyczajowa, a nie science fiction i dokładna wiedza o podróżujących w czasie portalach internetowych nie jest do niczego potrzebna.

    Polecam książkę wszystkim - jest skierowana dla młodzieży, ale warto przeczytać ze względu na ciekawą tematykę i rozwiązania zaproponowane przez autorów.

ty ja i fejs

Jaguarze, jak mogłeś?

wdm.dg

     Nie lubię pisać złych recenzji. Naprawdę. Jeżeli książka mi się nie podoba, albo okazuje się nijaka to pomijam ją na blogu milczeniem. Niech ktoś inny o niej pisze. Czasem, jeżeli książka bardzo mnie rozczarowała, albo wydaje mi się, że i tak warto o niej napisać to skrobnę kilka słów. I teraz też to zrobię, bo czuję się baaardzo rozczarowana.

     Każda powieść wydana przez Wydawnictwo Jaguar od razu przyciągała moją uwagę. Książki z ich znakiem zawsze miały w sobie to "coś", co sprawiało, że chciało się je przeczytać i zwykle czytelnik dostawał dawkę całkiem niezłej literatury lub przyjemnej rozrywki.

     Dzisiaj to się zmieniło. Po raz pierwszy absolutnie nie spodobała mi się powieść zaproponowana przez nich.

 

     "Piosenki dla Pauli" zaczęły się w internecie. Autor publikował tekst na swoim blogu i tak się spodobała jego czytelnikom, że wydano ją w formie książkowej. Blue Jeans, czyli Francisco de Paula Fernandez pochodzi z Hiszpanii i tam zaczęły się te wszystkie niezrozumiałe dla mnie zachwyty na tą książką.

     Nastolatka Paula umawia się z chłopakiem poznanym w internecie. Niestety Angel przez obowiązki służbowe spóźnia się na pierwsze spotkanie, a dziewczyna czekając na niego poznaje Alexa. Chłopak czyta tę sama książkę co ona. Angel w końcu przychodzi na spotkanie i wybucha wielka miłość. Typowe prawda? Dalej wszystko zaczyna się dziać jak w pokręconym wenezuelskim serialu. Alex i Angel zakochują się w Pauli, Paula zakochuje się w Angelu, ale coś jej pika do Alexa. W Angelu obsesyjnie zakochuje się znana piosenkarka Katia, a w Alexa chce zdobyć jego przyrodnia siostra. Dodatkowo Paula ma cichego wielbiciela - skrycie i wielce zakochanego w niej kolegę z klasy. A dalej wszystko się gmatwa jeszcze bardziej.

    Bohaterowie - piękni i młodzi, są dla mnie jednocześnie absolutnie banalni i bez głębi. Szczytem wszystkiego jest Paula i jej koleżanki - mają w głowie tylko chłopaków, chichoty i ciuchy. Chociaż w sumie nie powinnam ich oceniać - nie znam ich i nie miałam szansy poznać - akcja całej powieści dzieje się w przeciągu tygodnia! Wszystkie te miłości od pierwszego wejrzenia (obsesyjne oczywiście) i zawirowania wokół nich dzieją się zaledwie w ciągu 7 dni. I myślę, że to jest właśnie to co mi tak przeszkadza w tej książce - zrozumiałabym to wszystko gdyby to wszystko trwało rok, czy dwa - ale ten czas sprawia, że cała akcja wydaje się nierealna i, momentami, po prostu głupia.

     Myślę, że najbardziej w tej książce zabolało mnie, że miałam wobec niej wielkie oczekiwania. Wydana przez Jaguara, z zachęcającym opisem, reklamowana jako książka fenomen okazała się być całą serią "Nie dla mamy nie dla taty" wciśniętą w jedną książkę.

    Wiem, że książka się podoba i widzę, że z moją opinią znajduję się w mniejszości. Uważam jednak, że jest wiele fajnych, uroczych i ciekawych powieści dla nastolatek o miłości, a "Piosenki dla Pauli" nie są jak dla mnie książką nawet ze środka stawki.

piosenki dla pauli

Na szkoleniu w Skandii

wdm.dg

     Ponad rok temu napisałam o serii "Zwiadowcy" Johna Flanagana, że jest to jedna z najlepszych serii dla młodzieży ostatniego dziesięciolecia. Nadal tak uważam. Tylko, że przygody Willa i Halta dobiegły końca, a na półkach księgarni pojawiła się kolejna propozycja tego autora.

       Ciężko mi było zabrać się za czytanie "Wyrzutków". A co jeśli będą kiepscy? Jeśli mi się nie spodoba, albo co gorsza będzie to po prostu kopia "Zwiadowców"? Bardzo liczyłam na Flanagana, liczyłam, że mnie nie zawiedzie. Miałam szczęście.    

      Autor trzyma się świata, który stworzył, starając się jednocześnie nie powtarzać wątków z poprzednich powieści. Zarzucano mu zbyt duże podobieństwo obydwu serii, ale jest to dużą przesadą. Ze znanych nam bohaterów ze "Zwiadowców" powraca Erak i jego załoga, ale jest on postacią raczej drugo-, a nawet trzecio-planową. Rozsądny, myślący Hal nie jest roztrzepanym, gadającym Willem, a naznaczony tragedią Thorn, na pewno nie jest Haltem. 

     Trylogia "Drużyna" opowiada tym razem o Skandii. Głównym bohaterem jest Hal - szesnastolatek, syn skandyjskiego wojownika i aralueńskiej matki. Jego pochodzenie jest przyczyną odrzucenia go przez równieśników - jest od nich mniejszy i słabszy. Nadrabia to jednak inteligencją, sprytem i pomysłowością. Tymczasem zbliża się termin jego szkolenia - każdy młody skandianin musi je przejść. Młodzi chłopcy podzieleni na drużyny rywalizują między sobą w różnych zadaniach, jednocześnie ucząc się walki, planowania, nawigacji i taktyki.

    Nietrudno się domyślić, że drużyna Hala nie będzie tą najlepszą - składać się na nią będzie kilka ciekawych osobistości - słabowidzący, niezgrabny siłacz, cichy mądrala, złodziej, ciągle kłócące się bliźniaki czy niepanujący nad nerwami osiłek. Ale czy drużyna złożona z wyrzutków na pewno jest skazana na przegraną?

    Czyta się łatwo i przyjemnie, język, którym napisana jest książka nie jest szczególnie wymagający. Jak zawsze można się trochę pośmiać, potrzymać kciuki za bohaterów i wybrać z grona bohaterów swoich ulubieńców. Ciężko mi odpowiedzieć na pytanie czy "Wyrzutki" są gorsze od "Ruin Gorlanu". To raczej ten sam poziom. Obie książki przeczytałam z równą przyjemnością, obie tak samo mnie pochłonęły.

     Dodatkowym plusem książki są dorosłe postaci. Nie udają głuchych i ślepych, nagradzają osiągnięcia i wściekają się przy porażkach. Dlatego podobał mi się fragment kiedy trener nie zgada się, żeby Hal nie trafił do drużyny swojego wroga - wie, że ten będzie chciał nim pomiatać.

     "Wyrzutki" są obowiązkowe dla fanów "Zwiadowców" i miłośników powieści przygodowych. Z przyjemnością przeczytam drugą część, zwłaszcza po całkowicie zaskakującym zakończeniu.

drużyna wyrzutki flanagan

 

O Harrym Potterze po raz 7985450

wdm.dg

     Wiadome jest, że recenzji książek o Harrym Potterze jest więcej niż odcinków "Mody na sukces". Ostatnio o Rowling zrobiło się znowu głośno - wydała nową książkę, uzyskała zgodę na budowę 12-metrowych domków dla dzieci (jak ja im zazdroszczę), no i oczywiście rzuciła (mimochodem, ale bardzo się do tego doczepili), że może jeszcze kiedyś coś napisze o świecie czarodziejów (powiedziała to bardzo niezobowiązująco, ale oczywiście fani już czekają).

    Zawsze byłam fanką Harrego Pottera - od dnia kiedy z ciekawości zaczęłam czytać pierwszą część i całkowicie przepadłam dla świata. Do dziś pamiętam te magiczne godziny, w czasie których poznawałam przygody dorastającego czarodzieja. W późniejszych latach często wracałam do tych powieści - relaksowałam czytając ulubione fragmenty, podnosiłam na duchu czytając optymistyczne zakończenia.

    Dlaczego właściwie o tym piszę? Czy nie powstało już dość opinii, felietonów, a nawet książek o fenomenie powieści J.K. Rowlnig? Czy miliony stron fanów i antyfanów całkowicie nie wyczerpało tematu? Szczerze mówiąc myślę, że tak, ale całkiem niedawno po dłużej paroletniej przerwie powróciłam do Hogwardu. I byłam zaskoczona, że po latach odczuwam tę samą magię co kiedyś.

     Skąd właściwie się to wzięło - ten cały urok tej książki. Niby taka prosta, banalna, nie ucząca niczego, a nawet oskarżana o dawanie złych przykładów. Długo się and tym zastanawiałam - co by było, gdyby teraz ktoś usiadł i przeczytał po raz pierwszy w życiu cykl książek Rowling. Bez reklam, medialnego szumu, tysięcy ludzi mówiących "To jest super" lub "To jest beznadziejne".

    Patrząc na to teraz wydaje mi się, że u wielu ludzi niechęć do Harrego Pottera wynikała ze zmęczenia i potrzeby określenia się wobec tego cyklu. Każdy MUSIAŁ mieć swoje zdanie.

Typowa rozmowa:

- Czytałeś już Harrego Pottera?

- Nie, bo (nie lubię takich książek/ nie mam czasu/ nie mam ochoty)* niepotrzebne skreślić

I dwa warianty odpowiedzi:

- To dobrze, bo jest beznadziejny (i następował wykład pt. "Jak można to było wydać?")

- Jak to?! To jest najlepsza... (i następował wykład pt. "To najlepsza książka na świecie")

No i jak tu być neutralnym? Samo to gadanie by zirytowało człowieka.

 

      Osoby, które przeczytały Harrego i lubią go lub nie, niech robią co chcą. Polecam jednak wszystkim, którzy do tej pory nie czytali powieści Rowling spróbować po nie sięgnąć teraz. Na spokojnie, po cichu, nie przyznawać się znajomym, że to czytacie, bo zaraz by były wykłady - Za/Przeciw. Macie szansę poznać na prawdę i po swojemu książkę, która cokolwiek by o niej nie mówić, była swego rodzaju fenomenem. I to wasze zdanie ma szansę być tym prawdziwym.

potter generation

W świecie Zofii

wdm.dg

   Jest takie pytanie, które towarzyszy człowiekowi od dawna, nad którym ja również często się zastanawiam. Pytanie, które zabiera spokój, sięga bardzo głęboko i omija sferę materii - ile w człowieku jest ducha? Czy jest w ogóle? "Szukajcie a znajdziecie" twierdzi apostoł Mateusz - i ludzie szukają...

     I ja wciąż, niczym zdziwiony filozof podążam ku zrozumieniu, szukam odpowiedzi. Na mojej drodze pojawiła się książka pod tytułem "Świat Zofii", która okazała się świetnym towarzyszem w mojej wędrówce. Dzięki niej do moich poszukiwań dołączyła piętnastoletnia Zofia Amundus - główna bohaterka oraz jej nauczyciel filozofii Albert Knox, a wraz z nimi świat filozofów: począwszy od tych od przyrody, a kończąc na myślicielach współczesnych.

    Ale "Świat Zofii" to nie tylko nudny wykład filozoficzny ( o ile mogą być one nudne :) pozdrowienia dla mojego wykładowcy :) ) , to również perypetie bohaterki: tajemnicza kartka, którą dostaje przed tuż przed urodzinami, czy zagadkowa postać Hildy Moller Knag. Radość czytania ma w tej powieści dwa wymiary: główny - przygodowy, który sprawia, że motyw naukowy przyswaja się bez narzekania. Bohaterka, za sprawą Alberta zaczyna rozumieć jak istotne są pytania o byt. Pytania "skąd jesteśmy" i "dokąd zmierzamy" po stokroć cisnęło im się na usta, a wraz z nimi myślał nad tym czytelnik.

    Myślę, że młodziutka Zofia wcale nie żałuje, ze przyszło jej skrzyżować swe losy ze ścieżką nauczyciela od filozofii, a i ja nie płaczę nad tym, że na moich półkach zagościł "Świat Zofii".

Polecam każdemu.

świat zofii

 

Kasia

Nienawiść

wdm.dg

    Takich historii jest coraz więcej w prawdziwym życiu. Oglądamy je w programach informacyjnych przerażeni, że takie zdarzenie w ogóle miało miejsce. Napastnik wtargnął z pistoletem do szkoły i zabija kilka osób. szaleniec zabija grupę młodzieży. Można gapić się w ekran telewizora i szeptać do siebie "nie wierzę", ale to okazuje się prawdą. Człowiekowi aż mrozi serce.

    Myślę, że napisanie książki na taki temat jest bardzo odważne. Czy da się wyczuć co można napisać, a czego się nie powinno? Gdzie jest granica, przez którą mogę przejść jeśli chodzi o napastnika, czy mam go pokazać jako szaleńca czy normalnego człowieka. Naprawdę potrzeba wyczucia i odwagi.

   Z mieszanymi uczuciami wzięłam "Nienawiść" Jennifer Brown. Książka o TAKIM temacie i to dla młodzieży? Byłam zaintrygowana.

    Valerie jest szkolnym wyrzutkiem - ubiera się na czarno, farbuje włosy na czarno, przezywają ją "siostra śmierć", wyśmiewają się z niej. Jej chłopak, Nick, przeżywa to samo. Wspólnie tworzą listę "do odstrzału" - umieszczają na niej nazwiska ludzi, którzy ich nie akceptują, których nienawidzą. Aż pewnego dnia Nick zaczyna strzelać do ludzi w szkolnej stołówce, a Valerie próbując go powstrzymać ratuje życie koleżance. Od tego dnia życie dziewczyny staje się koszmarem - z jednej strony staje się bohaterką, która zasłoniła sobą koleżankę, z drugiej zostaje oskarżona o współudział.

   Książka koncentruje się przede wszystkim na Valerie, jej uczuciach i reakcjach. Nie ma tutaj krwawych opisów i wstrząsających scen, jest cierpienie, wzruszenia i przemyślenia. I to jest naprawdę niezwykłe w tej książce. Autorka stworzyła emocjonujący obraz całej historii za pomocą gorzkich wspomnień i bolesnej teraźniejszości, które przeplatają się ze sobą ukazując nam postać Valerii sprzed dnia masakry i zupełnie nowej, tej dojrzalszej i poranionej, z mętlikiem w głowie, próbującej się uporać jakoś z wyrzutami sumienia.

   Jeżeli ktoś się zastanawiał czy warto przeczytać - potwierdzam. Naprawdę warto.

 

nienawiść brown

Akademia księżniczek

wdm.dg

    Kiedy dziewczynka jest mała marzy o tym, żeby zostać księżniczką. Chodzić w pięknych sukniach, urządzać bale, no i oczywiście spotkać księcia na białym koniu. W pewnym momencie każda kobieta utrzymuje, że z tego marzenia wyrosła, ale drodzy chłopcy i mężczyźni nie wierzcie w to. Z tego się nie wyrasta.

    Gdy po raz pierwszy przeczytałam opis "Akademii księżniczek" poczułam jakieś piknięcie w miejscu gdzie przechowywane są dziecięce marzenia. Książka o tym, że zakładana jest szkoła, w której dziewczyny uczą się jak być żoną księcia? Nauka dobrych manier, dyplomacji, etykiety, filozofii i ekonomii? Suuuper.

    Miri i dziewczęta z jej wioski zostają do takiej szkoły wysłane - jedna z nich ma zostać księżniczką. Tylko czy Miri tego chce? Ma 14-lat i jej młode serce ucieka w stronę kolegi z wioski, a nie księcia, którego nigdy nie widziała. Z drugiej strony jej tata nie musiałby już pracować, zapewniłaby siostrze mieszkanie, zobaczyłaby świat. Poza tym ma dosyć ciągłego słuchania swojej ostrej nauczycielki, która ciągle powtarza im, że są nieokrzesane, sprawiają problemy, że nie wolno się odzywać, mają słuchać i być posłuszne. Dziewczyna postanawia udowodnić, że wcale nie jest gorsza. Zaczyna się pilnie uczyć, aż w końcu przeciwstawia się srogiej nauczycielce. Tylko co z tego wyniknie?

    Powieść Shannon Hale można określić jednym, młodzieżowym słowem - fajna. Przyjemnie i szybko się czyta, a bohaterowie nie irytują przewlekłą głupotą (tak księżniczko Mio o Tobie mówię ;) ). To taka baśń, która została pozbawiona przesadnej słodyczy i dzięki temu wyszła całkiem zgrabnie napisana powieść, z  dosyć oryginalną fabułą. Można sobie też uświadomić, że bycie księżniczką to nie jest sam miód, a czasami trzeba przełknąć sporą dawkę piołunu.

     Książka ma tylko jedna wadę - nie jest dla wszystkich. Zdarzają się powieści dla młodzieży, którymi z przyjemnością zaczytują się dorośli (np. seria "Zwiadowcy"). "Akademia księżniczek" jest raczej przeznaczona dla dziewczyn wieku od 9-ciu do 16-u lat, chociaż się nie upieram - może dziewczęta w wieku 116-u lat też chętnie sięgną po tę książkę.

 

akademia księżniczek

© Po co sięgnąć, co przeczytać
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci